Film

Dlaczego nastolatki w filmach tak bardzo denerwują?

on

Jest w kinie kilka rzeczy, które mnie strasznie irytują. Pomijając oczywistości, takie jak pancerz fabularny czy nachalny dydaktyzm, filmy często mają lekceważony słaby punkt, który potrafi położyć całą przyjemność z oglądania, czyli… postacie nastoletnie. Być może problem jest globalny, na pewno natomiast jest mocno widoczny w polskim kinie.

I nie chodzi tutaj o bohaterów takich jak Walter Jr z Breaking Bad czy Joffrey z Gry o Tron – oni, choć irytujący do tego stopnia, że pęka szkliwo w zębach, spełniają założenia fabularne. Fanatyzm Wieniamina z Ucznia boli, ale został na tyle dobrze zaprezentowany, że jest w stanie pociągnąć cały film. To postacie świetnie zagrane i denerwujące zgodnie z zamysłem, pasujące do prezentowanej historii.

Problem pojawia się, kiedy jednostka w zamyśle scenarzysty miała być przez widza lubiana, a efekt okazał się odwrotny. Młody bohater najczęściej z racji wieku jest dość naiwny i jednocześnie uparty, co uwydatnia całą konstrukcję postaci. To miecz obosieczny, bo dzięki większej wyrazistości łatwiej zyskać sympatię, ale łatwiej też porządnie zirytować.

Dominik z Sali samobójców jest wrażliwy i inteligentny, a społeczeństwo odrzuca go przez jego odmienność. Powinien więc budzić współczucie, tymczasem bardzo szybko pojawia się zwyczajna niechęć. Bohater jest irracjonalny, rozhisteryzowany i na tyle niestabilny, że nie sposób żywić do niego pozytywnych uczuć. Dominik nie daje żadnego powodu by go polubić, a w każdej kolejnej scenie denerwuje coraz bardziej. I nie jest to wina aktora, bo Jakub Gierszał w Sali samobójców potwierdził swoją klasę. Zawiódł scenariusz.

To bardzo dobrze, że Dominik nie jest wyidealizowany – uniknięto w ten sposób polaryzacji, tego słodko-pierdzącego podziału na protagonistę bez wad i zły świat. Ale da się przecież taką nieidealną postać napisać w sposób sprawiający, że jej automatycznie kibicujemy – Jim Stark z Buntownika bez powodu też potrafi zirytować, ale koniec końców cieszymy się z jego sukcesów i martwimy porażkami. Nie do końca sensowny opór nadaje mu głębi, ale nie przekracza granicy. Andrew z Whiplasha momentami zachowuje się jak socjopatyczny buc, ale nie wpływa to na sympatię do niego. Nawet zdegenerowany Alex z Mechanicznej pomarańczy często budzi jakieś pozytywne odczucia.

Drugi problem to kosmiczne odrealnienie. Polskie kino lubi tzw. “społecznie ważne filmy” i co roku generuje ich pokaźną liczbę. Jednak jeśli obraz jest reklamowany właśnie taką etykietką i jednocześnie zajmuje się problematyką szeroko powiązaną z młodzieżą, to można w ciemno stawiać, że efekt będzie raczej słaby (opatentuję to jako prawo Kubaszewskiego – już za kilka lat na filmoznawstwie). Weźmy tylko kilka najgłośniejszych przykładów – takie Galerianki miały być mocnym ciosem, który poruszy społeczeństwo i zwróci uwagę na palący problem. Tymczasem film okazał się tak nachalnie kontrowersyjny, że nijak nie mogłem uznać postaci z filmu za coś innego niż kukiełki rzucające stereotypowymi tekstami, mającymi podkreślić ich moralne zepsucie. Cios był silny, ale znokautował co najwyżej realizm, a nie społeczeństwo.

To samo z Bejbi blues i przedstawionymi tam nieodpowiedzialnymi młodymi rodzicami – bohaterowie są tam koszmarnie przerysowani, zachowują się nielogicznie i nie da się przez to filmowi uwierzyć. Podobnie sprawa ma się z Cześć Tereska. Poruszone tam problemy są być może istotne i warte zwrócenia na nie uwagi, ale sposób prezentacji zagadnienia zupełnie je dyskwalifikuje. Niewielu widzów będących w wieku bohaterów widząc tę przesadę będzie w stanie się z nimi identyfikować. Narracja jest wyolbrzymiona, za krzykliwa, za łopatologiczna, a postacie zarysowane tak głęboko, że aż płasko. Można też pójść w innym kierunku i nakręcić film artystyczny – taki jak Big Love, którego twórczyni tak zachłysnęła się formą, że zapomniała o treści. Motywacje bohaterów nie mają sensu, jedna rzecz nie łączy się z drugą i w konsekwencji przerost artystycznej ambicji sprawia, że film staje się bełkotliwy, a postacie kuriozalne.

Sytuacja nie staje się lepsza nawet gdyby odrzucić kino społeczne czy kino artystyczne i skupić się na filmach bardziej rozrywkowych, które z założenia nie muszą być mocno osadzone w rzeczywistości. Widząc wszechwładną licealną mafię w To my trudno się nie roześmiać. W wydarzenia dziejące się w Yumie zwyczajnie trudno uwierzyć (tj. nie w proceder, ale w jego otoczkę). Ba, nawet Władysław Pasikowski poległ w Słodko gorzkim i choć film wyróżnia się na tle wyżej wymienionych, to dalej bije sztucznością dialogów.

Przychodzi mi na myśl produkcja, w której nastoletnie postacie zostały napisane niemal perfekcyjnie – Wszystko co kocham. Z jednej strony są ograniczeni wiekiem, nie wiedzą jeszcze do końca jakie prawidła rządzą światem, ale mimo tego starają się odważnie poruszać w świecie sztucznych, politycznych ograniczeń. Są mocno idealistyczni, ale nie zabiera im to zdolności obserwacji, autentyzmu. Oprócz WCK warto też zwrócić uwagę na Belfra – licealiści pomimo kilku uproszczeń zachowywali się i mówili językiem normalnych ludzi, nie byli papierowi, co w pakiecie z dobrą grą aktorską dało świetny efekt.

Chciałem napisać, że to dobrze wróży na przyszłość, ale obydwa obrazy dzieli prawie dziesięć lat. Najwyraźniej teraz przyjdzie nam czekać kolejną dekadę.

About Adam Kubaszewski

Założyciel portalu arytmia.eu. Lubi mandarynki, heavy metal i polskie kino. Podobno lingwista.

  • Agnieszka Czoska

    „Zabiłem moją matkę” też przypomina „Salę…”, a jego główny bohater jest czasami strasznym idiotą, ale scenariusz trzyma się kupy, więc można empatyzować bez zgrzytania zębami z nim i z matką.