Film

Filmy za karę, czyli dlaczego Punisher ma pecha do ekranizacji

on

Motyw zemsty był już w popkulturze eksploatowany tyle razy, że trudno odkryć coś nowego. Również historia Franka Castle nie jest specjalnie odkrywcza – ot, doskonale wyszkolony żołnierz po utracie żony i dzieci w mafijnych porachunkach wypowiada wojnę światu przestępczemu. Z drugiej strony, wśród całej plejady marvelowskich bohaterów głównego nurtu w wymyślnych strojach, z latającymi zbrojami, radioaktywnymi pająkami czy mitycznymi młotami to właśnie Punisher jest swoistym powiewem świeżości – biorąc pod uwagę komiksową rzeczywistość, to postać całkiem realistyczna.

Przygody Punishera ekranizowano czterokrotnie – w 1989, 2004 i 2008 roku w formie pełnometrażowych filmów, a rok temu Frank dostał swój wątek w netfliksowym Daredevilu i wiemy już, że w produkcji znajduje się osobny serial z nim w roli głównej. Gościnne występy u boku Matta Murdocka to jedyny przypadek, który można ocenić pozytywnie. Ale po kolei.

Zaczęło się w 1989 roku od filmu w reżyserii Marka Goldblatta. W tytułową rolę wcielił się Dolph Lundgren. Wyobraźcie sobie typowy amerykański film akcji z lat 80. dla dorosłych – pełen niekończących się magazynków, twardych jak skała bohaterów i wybuchających bez większego powodu samochodów. Taki jest właśnie Punisher z ’89. W dodatku scenariusz ma tak naprawdę niewiele wspólnego z komiksem – Frank w tej wersji mieszka w kanałach i wykonuje tam dziwne rytuały, a jego pomocnikiem w krucjacie przeciw zbrodni jest lokalny żul. Na dobrą sprawę trudno znaleźć jakieś plusy – to zwyczajnie nie jest udany film. Najwierniejsi fani takiej stylistyki być może będą potrafili się na nim względnie dobrze bawić, ale dla pozostałych widzów obraz Marka Goldblatta jest zwyczajnie nieoglądalny.

Filmy za karę, czyli dlaczego Punisher ma pecha do ekranizacji | arytmia.eu

Dolph Lundgren

Następnie postać zniknęła z radarów na kilkanaście lat, aż w 2004 roku ukazał się kolejny film o Punisherze. Tym razem za reżyserię wziął się Jonathan Hensleigh, a główną rolę zagrał Thomas Jane. Rezultat okazał się minimalnie lepszy niż poprzednio, ale to wcale nie jest specjalnie dobra rekomendacja. Ponownie film ma niewiele wspólnego z komiksowym pierwowzorem, chociaż wykorzystano niektóre wątki z Welcome back, Frank (2000, scenariusz: Garth Ennis, rys. Steve Dillon). W tej wersji postawiono na jaśniejsze kolory i trochę ograniczono brutalność. Co ważne, Punisher A.D. 2004 został zdecydowanie lepiej zagrany – do roli głównego złego zaangażowano próbującego na nowo rozruszać swoją karierę Johna Travoltę i o dziwo nie okazał się to jakiś fatalny pomysł, a Thomas Jane jako Punisher poradził sobie całkiem przyzwoicie – jego emocjonalna interpretacja da się lubić. Problem w tym, że film Hensleigha nawet nie próbuje udawać, że nie jest hollywoodzkim „akcyjniakiem” z dolnych stanów średnich – to co najwyżej przeciętne kino zemsty, które niejako przy okazji zawiera origin story Punishera.

Filmy robione za karę, czyli dlaczego Punisher ma pecha do ekranizacji | arytmia.eu

Thomas Jane

Trzecie podejście rodziło się w bólach – scenariusz przepisywano kilka razy, żonglowano reżyserami (ostatecznie skończyło się na twórczyni Hooligans, Lexi Alexander), a do tego na sam koniec studio Lionsgate porządnie pokłóciło się z reżyserką o ostateczny kształt filmu. To wszystko niestety widać na ekranie – Punisher: War Zone sam do końca nie wie, czym chce być. Z jednej strony to bardzo brutalne, poważne i mroczne kino akcji, z drugiej dostajemy totalnie przesadzone czarne charaktery, a niektóre sceny (gdyby je tylko trochę rozjaśnić) przywodzą na myśl raczej Power Rangers niż Punishera. Cały film to jeden wielki dysonans pomiędzy powagą a radosnym strzelaniem i robieniem groźnych min (łącznie z obowiązkowym diabolicznym śmiechem). Jedno niestety dość mocno nie pasuje do drugiego, przez co ogląda się to po prostu słabo. Na plus zaliczam występ Raya Stevensona jako Franka Castle i ogólną stronę wizualną – reżyserka nieźle manipuluje światłem. Tylko co z tego, skoro znów idiotyczny scenariusz kładzie cały film, czego wyrazem są fatalne oceny i jeszcze słabsze wyniki finansowe. Przy budżecie rzędu 35 milionów dolarów War Zone zarobił w USA jedynie 20 milionów (kino + wydania płytowe), co bez wątpienia można uznać za katastrofę.

Filmy robione za karę, czyli dlaczego Punisher ma pecha do ekranizacji | arytmia.eu

Ray Stevenson

Wydaje się, że główne powody filmowych porażek są dwa. Po pierwsze, pełnometrażowa produkcja z 1989 roku powstawała jeszcze w czasach, kiedy kino komiksowe miało dużo niższą pozycję niż dzisiaj i inaczej podchodzono do takich filmów. Wersję z 2004 roku też do pewnego stopnia można obronić tym argumentem – Batman: Początek, który w mojej opinii zmienił postrzeganie etykietki „oparta na komiksie” ukazał się dopiero rok później. Próba nadania głębi filmom postrzeganym w społeczeństwie jako proste i skierowane do mało wymagającego odbiorcy było przez wytwórnie traktowane jako dziwaczna fanaberia i potencjalny finansowy kataklizm.

Druga przyczyna wynika z charakteru materiału źródłowego. Trudno komiksowy pierwowzór traktować jako monolit, bo przez ponad 40 lat ukazały się tysiące historii z Frankiem w roli głównej – niektóre komiksy były fatalne, niektóre całkiem dobre. Mieliśmy prostackie strzelaniny, ale zdarzały się też rozbudowane historie kryminalne czy szpiegowskie. Warto zwrócić uwagę na zeszyt The Punisher: Year One (1994/1995, scenariusz: Dan Abnett/Any Lanning, rysunek: Dale Eaglesham), który opowiada origin story postaci – jest co prawda średnio narysowany, ale stanowi świetną bazę do filmowej adaptacji. Cwaniakowaty, choć sympatyczny dziennikarz McTeer zagrany w sposób, w jaki Bob Odenkirk wciela się w postać Saula Goodmana w Better Call Saul mógłby być strzałem w dziesiątkę. A gdyby do tego dodać na przykład wątki z mrocznego The Punisher: Born (2003, scenariusz: Garth Ennis, rysunek: Darick Robertson), będącego prequelem całej historii (jego akcja rozgrywa się podczas służby Franka w Wietnamie), moglibyśmy mieć dobry film.

Tymczasem twórcy filmowi za każdym razem brali na warsztat te najprostsze elementy, a w zasadzie ogólne koncepty, bo wszystkie pełnometrażowe Punishery są jedynie luźno inspirowane marvelowymi zeszytami. Frank Castle to postać, z której da się wycisnąć dużo więcej – wystarczy skupić się na psychice głównego bohatera, na dramacie, który przeżył i na tym, w jaki sposób zdefiniowało to dalsze losy tej postaci. Ta historia ma moim zdaniem ogromny potencjał na poważną, dojrzałą adaptację, w której strzelanie schodzi na drugi albo nawet trzeci plan.

Póki co najbardziej udaną inkarnacją Franka jest ta z drugiego sezonu Daredevila. Nie jest to co prawda Punisher moich marzeń, ale to chyba najlepsze, co da się zrobić w ramach obowiązującej w tym serialu konwencji. Bohater grany przez Jona Bernthala jest wreszcie odpowiednio skomplikowany, podoba mi się balans pomiędzy psychopatycznym chłodem a emocjonalnością – to drugie ma delikatną przewagę, co sugeruje, że Frank jest w tej rzeczywistości dopiero na początku swojej drogi. Choć ma już siłę bojowa małego plutonu, to ewidentnie jeszcze nie zaszło ostateczne wytłumienie wszystkich uczuć poza gniewem. W nadchodzącym serialu zapewne będziemy świadkami ewolucji Franka Castle w Punishera, na co czekam z niecierpliwością. Trzeba też przyznać, że w Daredevilu przyzwoicie przedstawiono słynną scenę z zeszytu The Choice ze wspomnianej serii Welcome Back, Frank, chociaż nie do końca podoba mi się zmiana zakończenia.

Filmy robione za karę, czyli dlaczego Punisher ma pecha do ekranizacji | arytmia.eu

John Bertnhal

Z kronikarskiego obowiązku warto również wspomnieć o The Punisher: Dirty Laundry – krótkometrażowym filmie z Ronem Perlmanem i (ponownie) Thomasem Jane’m w tytułowej roli. Całość jest dostępna na YouTube.

Obrazek na górze tekstu to fragment okładki pierwszego zeszytu z serii Welcome back, Frank.

About Adam Kubaszewski

Założyciel portalu arytmia.eu. Lubi mandarynki, heavy metal i polskie kino. Podobno lingwista.

Recommended for you