Film

Humor z dalekiej północy. Wstęp do kina fińskiego: część druga

on

Przygodę z fińskim kinem kontynuujemy w bardziej humorystycznym klimacie niż przy okazji poprzedniego wpisu. Przed nami filmy zabawne – choć może niekoniecznie takie, które określilibyśmy mianem klasycznych komedii i nie zawsze się przy nich wybucha śmiechem. Mamy tu różne rodzaje humoru. Poniższym produkcjom nieobcy jest gorzkawy tragikomizm – gdzie śmiech jest stonowany, a często jako kontrapunkt towarzyszy mu i dramat. Jednocześnie Finowie są zdolni zarówno do czarnego humoru, jak i do snucia niepoprawnej politycznie historii, która albo rozbawi, albo oburzy, ale na pewno nie pozostawi widza obojętnym.

Leningrad Cowboys jadą do Ameryki (1989), reż. Aki Kaurismäki – motyw drogi zdaje się być domeną kina amerykańskiego, choć są oczywiście wyjątki, wśród których znajduje się między innymi Leningrad Cowboys Go to America. Tytułowy zespół nie za dobrze radzi sobie na ziemi ojczystej, a ich jedynym fanem jest głuchy wioskowy głupek. Kapela z Syberii decyduje się więc na podróż do Ameryki celem zdobycia sławy i zarobienia większych pieniędzy. Na miejscu zostają oddelegowani na meksykańskie wesele, zanim jednak dotrą do południowej granicy kraju, odwiedzą wszystkie najważniejsze stolice muzyki amerykańskiej. Eksploatując popularny motyw „fish out of water”, Leningrad Cowboys nieprędko zdobędą sławę wśród Jankesów. W międzyczasie spędzą kilka dni w więzieniu, jednym występem doprowadzą do zamknięcia klubu, a silnik kupionego za ostatnie pieniądze Cadillaca zostanie im skradziony przez złomiarzy. Ale jak to mówią, często sama podróż jest ważniejsza od celu.

Człowiek bez przeszłości (2002), reż. Aki Kaurismäki – głównego bohatera poznajemy w drodze do Helsinek, gdzie w wyniku pobicia traci pamięć. Pozbawiony gotówki i własnej tożsamości musi zacząć życie od nowa, osiedlając się w nadbrzeżnych slumsach. Człowiek bez przeszłości nie jest filmem jednoznacznie pozytywnym czy negatywnym. Sceny, które teoretycznie miały być wesołe często niosą ze sobą masę smutku, z kolei na każdą niefortunność anonimowego protagonisty przypada mały promyk nadziei, że wkrótce może być lepiej. To jeden z tych „feel good movie”, który nie wyleje na widza wiadra tęczy w płynie, ale po seansie pozostawia w nim lekkie uczucie ciepła na duchu, że bohater skończył tak, a nie inaczej. Duża zasługa w tym aktorów, którzy rzadko się uśmiechają, a kwestie przez nich wypowiadane sprawiają wrażenie czytanych z kartki. Paradoksalnie taka szkoła aktorska czyni film bardziej autentycznym od pierwszej lepszej hollywoodzkiej pozycji z gatunku poprawiaczy humoru.

Lapońska odyseja (2010), reż. Dome Karukoski – niezwykle śmieszna komedia o poświęceniu dla kobiety i miłości. Finlandia, wyjątkowo mroźna zima. Janne – dotychczas bezrobotny z wyboru młody, zdrowy chłopak – dostaje ultimatum od swojej dziewczyny Inari: albo do rana kupi jej dekoder, aby wspólnie mogli oglądać filmy, albo będzie to koniec ich związku. Zdeterminowany Janne z dwoma przyjaciółmi wyrusza w długą wyprawę, której towarzyszą przezabawne sytuacje i nieoczekiwane zwroty akcji. Bardzo dobra gra aktorów i profesjonalne efekty specjalne (śnieg, śnieg i jeszcze raz śnieg) wciągają widza w wir wydarzeń. Komedia szczególnie dobra na zimowe, mroźne wieczory.

Człowiek z Hawru (2011), reż. Aki Kaurismäki – czyli fiński reżyser-scenarzysta zabiera nad Sekwanę aktorkę Kati Outinen i operatora filmowego Timo Salminena, z którymi często współpracuje, i tym razem robią film francuskojęzyczny, obsadzony głównie francuskimi aktorami, a jednocześnie wciąż bliski fińskiej mentalności. Z komedią znów miesza się tu dramat, a humor zawsze równoważony jest przez gorycz. Marcel (w tej roli André Wilms), niespełniony artysta, wiedzie w portowym mieście życie zdecydowanie pozbawione francuskiego chic i glamour, wiążąc koniec z końcem jako pucybut. Jego życie wywraca się do góry nogami, kiedy żona zaczyna poważnie chorować, a on sam postanawia ukrywać przed policją małego chłopca, imigranta z Gabonu. Dostajemy śmiech przez łzy, urokliwe zdjęcia i prostą, niepozbawioną magii historię. Urzeka.

Czy ja… muszę… myśleć… o wszystkim? (2012), reż. Selma Vilhunen – czyli krótkometrażówka z ponadnormowymi wielokropkami w polskim tytule. Komedia krótka, ale nagradzana – między innymi nominacją do Oskara w 2014 roku. Fabuła nie jest skomplikowana, a temat całkiem bliski chyba każdemu widzowi: urywki z poranka zabieganej rodziny, sfilmowane akurat wtedy, kiedy nic nie wychodzi. Forma krótkometrażówki bardzo dobrze się tutaj sprawdza, bo zwiększa wrażenie pośpiechu – ktoś się spóźnia, ktoś gdzieś zaspał, ktoś coś zgubił, na wszystko brakuje czasu. Niby nic wielkiego – można mieć wrażenie, że oglądamy nie profesjonalnych aktorów, ale zwyczajnych ludzi, którzy mają gorszy dzień (a może dzień jak każdy inny?) i starają się przetrwać go w jednym kawałku. W skrócie – nie ma czasu na poranną kawę, a potem jest jeszcze gorzej.

Iron Sky (2012), reż. Timo Vuorensola – pomysł na film o nazistach, którzy „przezimowali” zimną wojnę na Księżycu i rozpoczynają kolejną inwazję jest dość… osobliwy. Z powodu swojej oryginalności i niepoprawności politycznej Iron Sky zaliczyło na etapie produkcji chyba wszystkie możliwe problemy, jakie tylko mogły przeszkodzić w realizacji, ale upór Timo Vuorensoli zrobił swoje i obraz w końcu trafił do kin. Efekt kilkuletnich prac okazał się całkiem niezły – nie jest to może arcydzieło (wychodzi niestety mały budżet i brak doświadczenia twórców), ale Iron Sky ze swoim czarnym humorem, wartką akcją i świetną muzyką (Laibach!) to dobra propozycja na wieczorny seans w większym gronie. Nie jest to idiotyczna komedia oparta na slapsticku, a raczej satyra na świat dzisiejszej polityki – należy jednak pamiętać, że to film skierowany do specyficznej grupy odbiorców i co bardziej obrażalscy mogą poczuć się zniesmaczeni. W produkcji znajduje się sequel, ale proces twórczy może znów okazać się drogą przez mękę.

Stary człowiek i może (2014), reż. Dome Karukoski – jeżeli ten reżyser pracuje ze scenarzystą Tuomasem Kyrö (który jest też pisarzem, komiksiarzem i dramaturgiem ze świetnym poczuciem humoru), można spodziewać się udanego filmu. Stary człowiek, ekranizacja zarówno powieści Kyrö, jak i słuchowiska radiowego, to słodko-gorzka opowieść o starszym mężczyźnie, który nie potrafi pogodzić się z realiami, w których żyje. Kilkadziesiąt lat temu wszystko było przecież lepsze – a teraz, oczywiście, świat schodzi na psy. Tytułowy główny bohater (Antti Litja), którego konieczność sprowadza na kilka dni do Helsinek, zmuszony jest do konfrontacji nie tylko z nowoczesnym, wielkim miastem, ale też z własną rodziną (a z rodziną, jak wiadomo, najlepiej tylko na zdjęciach). Krewni starszego pana, a zwłaszcza jego synowa, także nie są zachwyceni. Opowieść jest przyprószona humorem, ale nieco gorzkim – to, co śmieszy, jednocześnie smuci, a nawet wzbudza litość.

 

About Redakcja

Ten artykuł został napisany wspólnymi siłami.

Recommended for you