Film

Jak zabić własną markę w stylu Lucasa, czyli recenzja Alien: Covenant

on

Uwaga, recenzja zawiera delikatne spoilery.

Starość nie radość, o czym dobrze powinien wiedzieć Ridley Scott. Jego wielki powrót do swojego dziecka – serii Obcy – został niezbyt dobrze przyjęty. Przeciwników Prometeusza było tylu, ilu jego zwolenników. Nie jestem fanek historyjek, w których ludzkość okazuje się być dziełem bardziej zaawansowanej rasy, a motorem całej fabuły stają się poszukiwania inżynierów naszego gatunku. Niestety, ta misja została powierzona najbardziej nieodpowiedzialnym i nierozważnym naukowcom, jakich zrodziła Ziemia. Przez to film będący prequelem i spadkobiercą Obcego klimatem przypominał raczej slashera, w którym słabo zarysowane postacie giną jedna po drugiej, a klimat ulatuje wraz z hektolitrami krwi. Jedno trzeba przyznać Prometeuszowi – nie był to film nużący, a końcówka filmu zapowiadała interesujący sequel.

A ten ukazał się aż 5 lat później, co jak na standardy obecnego kina, w którym MCU karmi nas 2-3 filmami rocznie, sprawia wrażenie wieczności. Scenarzyści i sam Scott nie mogli się zdecydować, czy chcą kontynuować podróż Elisabeth i Davida, czy też rozpocząć historię w zupełnie innym przedziale czasowym. Również kwestia pojawienia się właściwych Ksenomorfów nie była do końca oczywista, i w tym przypadku osiągnięto zadowalający wynik. Ostatecznie do swoich roli powrócili również Noomi Rapace i Michael Fassbender, oferując Elisabeth niestety dość krótką, ale znaczącą rolę w filmie.

Recenzja Alien: Covenant | arytmia.eu

Kolejny film, kolejny statek, kolejne ofiary. Załoga statku Przymierze to piętnaście osób trzymających pieczę nad ładunkiem składającym się z ponad 2000 ludzi i zarodków zmierzających na planetę Origae-6 w celu założenia kolonii. Nie czekając zbyt długo, już w pierwszych minutach film funduje załodze pierwszą awarię, kończąc żywot kilku kolonistów, w tym kapitana statku (który swoją drogą ginie w dość ironiczny sposób). W tak kryzysowej sytuacji nowo wybrany zarządca decyduje się na szybką diagnostykę i kontynuowanie misji, czemu sprzeciwia się reszta załogi, żądająca godnego pogrzebu dla poprzedniego lidera. Motyw nieufności wobec nowego kapitana mógłby zostać ciekawie rozbudowany, ale koniec końców jest tylko pretekstem dla Katherine Waterston (grającej Daniels, żonę kapitana statku) do posprzeczania się z nowym liderem. Szybko okazuje się, że w pobliżu miejsca katastrofy znajduje się inna planeta zdatna do kolonizacji. By nie narażać się na kolejne niespodziewane wydarzenia w trakcie kriostazy, mimo protestów Daniels i kilku innych załogantów, obrany zostaje kurs na nowy glob.

Aktorka grająca „Dany” była świadoma nieuniknionych porównań do kreacji Sigourney Weaver, ale gdyby nie krótko przystrzyżona fryzura i męskie ciuszki, przez większość filmu nie wyróżniałaby się niczym szczególnym od innych kobiecych postaci. Konflikt z nowo mianowanym kapitanem, który mógł stać się pretekstem do rozbudowania postaci załogi Covenant, zmierza niestety donikąd. W niektórych scenach Daniels sprawia wręcz wrażenie osoby kierującej się emocjami, a nie rozumem. Fakt, że przeżyła ona do końca filmu może wynikać raczej z tego, że w przeciwieństwie do pozostałych bohaterów nie znajdowała się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Udaje się jej co prawda zabłysnąć w trakcie walki z Ksenomorfem, lecz taka natychmiastowa przemiana z popychadła w horrorową „final girl” wydawała mi się mało wiarygodna.

Recenzja Alien: Covenant | arytmia.eu

Czego za to nie można powiedzieć o Walterze/Davidzie. Do kreacji Michaela Fassbendera nie mam żadnych zastrzeżeń. Zagranie androida w niekarykaturalny, wiarygodny sposób to umiejętność rzadko spotykana nawet u dobrych aktorów. Problem pojawia się w roli, jaką bohater pełni w filmie. O ile w Prometeuszu David był istotną, ale nie główną postacią, tak w najnowszym dziele Scott odpłynął już na tyle, że film można by było spokojnie nazwać David: Covenant. Bez serwowania większych spoilerów, para androidów będzie główną siłą napędową fabuły i doprowadzi to do kilku naprawdę interesujących zwrotów akcji. Byłyby one nawet skuteczne, gdyby nie nieumiejętnie umieszczone flashbacki, podające jak na tacy rozwiązanie tajemnicy planety, na której ląduje załoga statku. Z drugiej strony pytania zadane w Prometeuszu pozostają bez odpowiedzi, a biorąc pod uwagę to, co się dzieje w nowym Alienie, zapewne już się to nie zmieni. W zamian za to Ridley Scott serwuje nam scenę, która wywołała u mnie lekki dyskomfort, a która będzie motorem napędowym wszelkiej fanowskiej twórczości spod znaku internetowej zasady numer 34. Składam Ci szczerze wyrazy współczucia, Michaelu Fassenbenderze.

Pierwsze trailery Covenanta nie napawały optymizmem. Oto znowu mamy grupkę mięsa armatniego dla kosmicznych kreatur. Członkowie załogi giną jeden po drugim w najgłupsze możliwe sposoby. I naprawdę, to co zaserwowali twórcy Covenanta przeszło moje oczekiwania, choć mam wrażenie, że choreografia scen śmierci przez swoją śmieszność musiała być inspirowana serią Oszukać Przeznaczenie albo nawet Tomem i Jerrym. Oczywiście, znajdzie się miejsce dla klasycznych Alienowych śmierci. Mamy tradycyjny motyw z facehuggerem, rolę czarnego syropu zarażającego kosmicznym DNA przejmują „purchawki” strzelające mutagennymi zarodkami, lecz im dalej w las, tym lepiej. W jednej scenie pani medyk, osoba, która niejedną rzecz widziała w swoim życiu, na widok pękających pleców swojego towarzysza i lekkiego bryzgnięcia krwi zaczyna panikować niczym nastolatka z pierwszej lepszej części Piątku Trzynastego. Następnie zamyka za drzwiami swoją koleżankę, sięga po broń, i po oddaniu kilku niecelnych strzałów poślizguje się na krwi, a następnie próbując zamknąć drzwi, przytrzaskuje swoją stopę. Kuśtykając po kolejną broń, oddaje kilka strzałów, by potem zginąć w przypadkowo wywołanej przez siebie eksplozji. Panie i panowie – oto ludzie odpowiedzialni za dalszą ekspansję ludzkości. Podśmiechując się w sali kinowej, zastanawiałem się, czy aby na pewno takie emocje powinien we mnie wywołać film z serii Alien.

Recenzja Alien: Covenant | arytmia.eu

Parafrazując klasyka, świat poszedł do przodu, pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty. Ale co z tego, jeżeli najlepszym horrorem sci-fi pozostaje prawie 40-letni już film. Alien: Covenant zawiódł pod wieloma względami, mimo to końcówka filmu wzmaga apetyt na więcej. Tym razem Scott, poza naszą pseudo-Ripley i androidem, w promocji dorzucił również trzeciego ocalałego. Tylko czy dane nam będzie ich spotkać w trzeciej części, jeśli w ogóle taka powstanie? Pozostaje mieć nadzieję, że twórca serii spuści nogę z gazu, ewentualnie przekaże zadanie dalszego rozwoju marki rozważniejszej osobie. Bo spustoszenie, jakie sieje w ciągłości Obcego zaczyna powoli przypominać działania pewnego George’a, który stworzył wspaniały świat, gdzie technologia i mistycyzm współgrały ze sobą, by na końcu poczuć potrzebę wyjaśniania wszystkiego pokraczną nauką. Tę samą aurę tajemniczości Scott niszczy w ostatniej scenie filmu, sprawiając, że cały lore Aliena, pieczołowicie budowany przez poprzednie filmy, komiksy i gry zapada się pod sobą. I jeszcze jedna rada dla Ciebie, Ridley. Nie każdy ogląda materiały promocyjne. Film powinien stanowić całość sam w sobie. Nie zapomnij w edycji DVD wstawić linków do YouTube, by widz wiedział, co ma obejrzeć przed filmem, aby lepiej go zrozumieć.

Za seans dziękujemy:
Arytmia.eu - Cinema City

 

 

 

 

About Grzegorz Ciesielski

Amerykanista z wykształcenia, cosplayer z pasji, felietonista z przypadku. Pasjonat muzyki lat 60. i 80., miłośnik piw rzemieślniczych, kucharz amator. Gardzi kawą. Jego twórcze portfolio można zobaczyć na W Cosplay.

Recommended for you