Film

Na początku był chaos. I później też. Recenzja Iron Fist

on

Moje odczucia wobec najnowszego netfliksowego serialu superbohaterskiego są mniej więcej tak samo chaotyczne jak działania głównego bohatera. Przed odpaleniem pierwszego odcinka słyszałam już kilka ogólnych opinii (raczej negatywnych), w które jednak się nie zagłębiałam, żeby nie psuć sobie frajdy. Zaczęłam oglądać, pomyślałam, że chyba nie będzie tak źle. Jednak w połowie sezonu stwierdziłam, że trochę się nudzę.

Zacznijmy od początku. Do Nowego Jorku przybywa Danny Rand – mężczyzna, który 15 lat wcześniej został uznany za zmarłego, po tym jak samolot transportujący go wraz z rodzicami rozbił się gdzieś pośród azjatyckich szczytów. Rodzina Randów to nie byli jednak typowi Kowalscy – ojciec Danny’ego był współzałożycielem ogromnej korporacji, więc powrót z zaświatów dziedzica takiej fortuny musiał rozpętać burzę. Po tym jak już się dostaje do rodzinnego miasta i odszukuje Meachumów (przyjaciół z dzieciństwa zarządzających firmą Rand), Danny musi udowodnić, że jest tym za kogo się podaje, jednak robi to wyjątkowo nieporadnie, raczej zastraszając niż przekonując Joy i Warda. Było już tyle książek, filmów i innych utworów zawierających wątek dowodzenia swojej tożsamości, że chyba każdy z nas wiedziałby co robić – zasypujemy dawnych przyjaciół czy krewnych sekretami z młodości tak długo, aż nam uwierzą. Proste. Dlatego zdziwiło mnie, że w Iron Fist ten wątek został tak rozwleczony. Z drugiej strony pokazuje nam to już jaką osobą jest główny bohater – zdecydowanie woli działać niż myśleć, wskutek czego odniesienie pożądanego efektu zajmuje mu więcej czasu. A, no i w końcu mamy okazję zobaczyć żelazną pięść w pełnej krasie – scena, na którą się czeka od początku, a gdy już nastąpi, komentuje się pełnym aprobaty „cooooooool”.

Mamy tu też widoczne zderzenie dwóch światów, zwłaszcza odkąd Danny zostaje „biznesmenem”. Jest Nowy Jork – zimny, wyrachowany, materialistyczny, rządzony przez najsilniejsze korporacje; to światek dobrze nam już znany (right, mr Fisk?). Po przeciwnej stronie mamy życie w klasztorze wśród mnichów, którzy wyznają skromność, dyscyplinę i podporządkowywanie się zasadom. Wybuchową mieszankę tych dwóch rzeczywistości i systemów wartości odnajdujemy w Dannym – nie jest on w pełni członkiem żadnej z tych społeczności. Z jednej strony z Kun Lun wynosi idealizm, który sprawia, że w związku z jego pozycją w firmie czuje się zobowiązany ratować świat, nie zważając na konsekwencje, więc jest jak dziecko za sterami rozpędzonej ciężarówki. Z drugiej strony wcale nie jest też posłusznym, zdyscyplinowanym wojownikiem – porzuca swoje obowiązki, znów nie myśląc o skutkach. Równocześnie widać w nim też tego małego chłopca, który od najmłodszych lat miał wszystko czego zapragnął – zarówno najnowszego iPoda, jak i pełną uwagę ludzi wokół siebie. Nie miał więc najmniejszego problemu z wymaganiem od ludzi w swoim otoczeniu żeby rozumieli i podzielali jego priorytety. Problem w tym, że nikt, włącznie z nim, nie wie jakie one są.

Młody Rand jest rozerwany jak ten osiołek pomiędzy dwoma żłobami i o mały włos tak samo nie skończył. Tu mamy zagadkę śmierci rodziców, a tu wymarzoną pozycję Iron Fista. Tam z kolei pojawia się arcywróg w postaci organizacji Ręka, a zaraz obok – cóż to, czyżby wątek miłosny? I to pachnie, i to nęci. Cały czas kontynuowana jest też historia Meachumów, która później po prostu nudzi, bo i członkowie tej rodziny nie są zbyt interesujący – z wyjątkiem Warda, który okazuje się postacią bardziej złożoną niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Ostatecznie ten chaos utrudnia czerpanie pełnej przyjemności z oglądania.

Zdaje się, że Finn Jones przywlekł do tego serialu jakąś cząstkę pełnej intryg atmosfery Westeros, bo do samego końca nie wiemy również kto się okaże tym głównym wrogiem, którego Danny tak nieudolnie poszukuje. Podejrzani są starzy znajomi, każda nowo poznana postać, nie wspominając już o pojawiających się członkach Ręki. Tu chyba mogę wspomnieć o tym, co dla mnie było w tym serialu najbardziej wartościowe, czyli właśnie ukazanie się wroga znanego widzom już z Daredevila. Wszelkie nowe informacje o tej organizacji, uzupełniające tak ważny element tego uniwersum były dla mnie najciekawsze. Podobnie jak historie o Kun Lun i jego mieszkańcach, którzy wyłonili się jako poważny przeciwnik Ręki. Również madame Gao nie zawodzi. To jedna z najbardziej interesujących postaci, dobrze nam już znana, która bardzo trafnie charakteryzuje Danny’ego jako miotającego się we mgle chłopca.

Wątek Ręki to nie jedyny element, który mi się podobał. Sceny walki również były całkiem efektowne, chociaż i tu nie jest doskonale. Mianowicie nagle  okazuje się, że przemykając się po terytorium wroga i obserwując z ukrycia swoich przeciwników, ma się też czas na wyznania i szczere rozmowy od serca. To właśnie takie sceny zaburzają tempo akcji i rujnują napięcie. Takich detali jest więcej. Na pewno kojarzycie te sceny, gdy na przykład bohaterowie Gliny spotykają się na piwo, wypijają ledwie trzy łyki i oznajmiają, że muszą już iść. Dokładnie to samo mamy w przypadku scen medytacji w Iron Fist. Danny układa się w odpowiedniej pozycji, zamyka oczy… i w tym momencie pojawia się ktoś, kto tę czynność przerywa. Podobnie mnie uwierał plecak Danny’ego na początku serialu, który wciąż pojawia się i znika (co on z nim robił?). Oczywiście są to tylko szczegóły, ale one również determinują to jakie wrażenia wyniesiemy z oglądania.

Ogólnie nie jest to tragiczny serial, jednak mogło być dużo lepiej. Jeśli powstanie drugi sezon (a podejrzewam, że tak będzie), to na pewno go obejrzę, licząc na to, że twórcy skupią się na jednym ciekawszym wątku i że bohater nieco wydorośleje. W Jessice Jones główny wątek jest dość prosty, element miłosny jest wręcz trochę kiczowaty, ale czarny charakter to świetna postać i całość po prostu gra. Tego samego potrzebuje Iron Fist – takiej liczby wątków, żeby przynajmniej główny bohater się w nich nie gubił. Historia Kun Lun zwalczającego Rękę oraz wielowarstwowość tych organizacji ma według mnie największą przyszłość, jako że na biznesmena Danny średnio się nadaje. Tymczasem będę czekać na Punishera – Frankowi taka młodociana nieporadność raczej nie grozi.

About Karolina Kędzierska

Z zamiłowania i wykształcenia anglistka, ostatnio również początkująca rusycystka, marząca by pewnego dnia mówić jeszcze po szwedzku. Czarny i czerwony to jej ukochane kolory. W wolnym czasie czyta, ogląda, gra, gotuje i wymachuje kettle’ami. Śpioch i łasuch.

Recommended for you