Film

Hamburger z gorzkim sosem, czyli recenzja filmu McImperium

on

Filmy biograficzne rządzą się swoimi prawami. Nieważne jak bardzo interesujące życie prowadziła dana postać, twórca musi ubarwić niektóre fakty, aby dzieło było zjadliwe dla przeciętnego widza na sali kinowej. Często również pomija się niewygodne aspekty biografii bohatera, wybielając go i czyniąc łatwiejszym do polubienia w oczach odbiorcy. Szczególne cierpiał na to Jobs – ponad dwugodzinny obraz z 2013 roku był raczej sentymentalną laurką na cześć założyciela Apple, niż rzetelną próbą przeniesienia na ekran życiorysu projektanta, którego geniusz był równy jego nieuprzejmości wobec najbliższych.

I tu wkraczają twórcy The Founder. Reżyser John Lee Hancock podjął się małej dekonstrukcji historii „założyciela” najbardziej znanej sieci barów szybkiej obsługi na świecie. „Założyciela”, ponieważ sam wkład Raya Kroca w tworzenie restauracji McDonald’s był znikomy. Jednak to jego zasługą, a nie braci McDonald było stworzenie marki, która wykroczyła poza teren Kalifornii, a wreszcie i Stanów Zjednoczonych. Koniec końców to on uzyskał w oczach opinii publicznej tytuł „The Founder of McDonald’s”. Zanim do tego doszło, Ray dopuścił się kilku wątpliwych moralnie czynów, łamiąc umowę z założycielami McDonald’s, by w końcu pozbawić ich dosłownie wszystkiego.

Jak w każdej historii z gatunku „od pucybuta do milionera” Raya poznajmy w najbardziej krytycznym momencie jego kariery. Jako obwoźny sprzedawca próbuje spieniężyć miksery do shake’ów lodowych właścicielom przybytków gastronomicznych. Bohater spędza liczne noce w przydrożnych hotelach, słuchając do zdarcia nagrania z przemową motywacyjną i po cichu licząc, że w końcu nadejdzie moment jego tryumfu. Nadzieja pojawia się wraz z telefonem od małej firmy mieszczącej się w San Bernardino, która nabywa kilka mikserów.

Ray, znajdujący się na wschodnim krańcu Stanów bez zastanowienia kieruje się na zachodnie wybrzeże kraju, i to co widzi pozwala mu przewidzieć trendy, jakimi Ameryka będzie podążać w nadchodzących dekadach. Bracia McDonald za pomocą rewolucyjnego systemu przygotowywania posiłków i prostego menu składającego się wyłącznie z najpopularniejszych dań, drastycznie zmniejszają czas oczekiwania na zamówienie. W ten sposób odpowiadają na zapotrzebowanie rozrastającej się (i głodnej) społeczności powojennych Stanów, która zaczyna żyć coraz szybciej i intensywniej.

Podziwiając inwencję braci, Kroc zaczyna widzieć McDonald’s w skali kraju – jako nieodzowny element każdego miasta, gdzie „złote łuki”, niczym krzyż na wieży kościelnej, miałyby z daleka wskazywać miejsce gdzie gromadzą się ludzie. Mimo początkowej niechęci, właściciele restauracji udzielają Rayowi aprobaty na otwarcie kolejnych oddziałów McDonald’s. Celując w przedstawicieli klasy średniej, udaje mu się zrekonstruować atmosferę pierwszego lokalu z San Bernardino, czyli restauracji prowadzonej przez rodzinę i przyjaznej dla innych familii. Nie wszystko jednak od razu idzie po myśli Raya.

Dla mnie jako amerykanisty film jest szczególnie fascynujący ze względu na okres dziejowy. Właśnie druga połowa lat 50. i początek lat 60. to okres, do którego Donald Trump głównie odnosił się w swojej kampanii  jako dekady, w której Ameryka rzeczywiście była „wielka”. Patrząc na wyniki wyborów, można stwierdzić, że był to strzał w dziesiątkę. Jest coś czarującego w erze neonów, pierwszych podrygów rock and rolla i przede wszystkim rozkwitu barów szybkiej obsługi, które zaczynały jako małe, rodzinne interesy. Wiele z nich wyewoluowało w międzynarodowe korporacje i podobny los spotkał właśnie McDonald’s. Trudno jednak powiedzieć jak potoczyłaby się historia Richarda i Maurice’a gdyby nie spotkali Raya Kroca. Mimo pomysłowości, umiejętności i kreatywności, której dowiedli przy projektowaniu własnego systemu sprzedaży, brakowało im, jak podkreślił sam Kroc, samozaparcia. Tkwiąc również mentalnie w ubiegłej dekadzie, nie dostosowali się oni do rynku, w którym konkurencja stawała się coraz to bardziej agresywna.  Nie było tam miejsca dla potulnych braciszków z San Bernardino.

To już trzeci dobry rok w karierze Michaela Keatona. Po zagraniu w burtonowskim Batmanie słuch o nim zaginął, jednak ostatnimi czasy, dzięki produkcjom takim jak Birdman czy Spotlight, wrócił do czołówki aktorów, którzy mogą spokojnie powalczyć o statuetki Akademii Filmowej. Ray Kroc w jego wykonaniu potrafi być czarujący jako manager i odrzucający jako partner finansowy. Jego rozbrajający uśmiech zdobywa zaufanie poczciwego Maurice’a „Maca” McDonalda, granego przez Johna Carrolla Lyncha, a jednocześnie wzbudza podejrzenia u jego brata, twardo stąpającego po ziemi Richarda „Dicka”, w którego wcielił Nick Offerman (niezapomniany Ron Swanson z Parks and Recreation). Wizualnie film prezentuje się rewelacyjnie. W pierwszym akcie, szarość scen komponuje się z nieudolnością Raya, by później, aż do samego końca rozjaśnić kadry na żółto w momencie spotkania braci McDonald. Nie można również narzekać na dobór piosenek, choć zamykający film Spirit in the Sky zamieniłbym na jakikolwiek inny utwór z tej epoki, który by lepiej pasował do całości.

Spośród setek produkcji biograficznych, The Founder jest filmem ważnym, bo potrzebnym. Szczególnie dla Amerykanów, którzy Raya Kroca uważali za jedynego słusznego twórcę marki McDonald’s, gdzie aż do 1991 bracia Dick i Mac byli pomijani przy celebracji rocznicy otwarcia pierwszej restauracji (oczywiście tej otwartej przez Raya) spod znaku złotych łuków. Obraz dość wiernie trzyma się faktycznej wersji zdarzeń, pokazując jak biznesmen, niczym Frank Underwood po trupach toruje sobie drogę do budowy swojego imperium. Pozostaje się tylko zastanowić ile w dzisiejszym McDonald’s zostało z tego prawdziwego, założonego przez dwójkę braci. Czy serwowany przez nich burger za 15 centów smakowałby tak samo, jak marny ochłap mięsa ze współczesnego fastfoodu, czy raczej bliżej by mu było do hipsterskiej kanapki z modnej burgerowni? Tego niestety już się nie dowiemy.

P.S. Sumienie nie pozwala mi pominąć polskiego tłumaczenia tytułu – McImperium. W opinii dystrybutora taka nazwa miała sens w aspekcie marketingowym, biorąc jednak po uwagę, że na plakacie za Keatonem widnieje jednoznacznie kojarzące się „M”, trudno by było nie zainteresować się filmem, nawet gdyby nosił on tytuł Założyciel. Szczególnie po obejrzeniu produkcji tłumaczenie to jest krzywdzące, gdyż teza całego filmu głosi, że Kroc nie stworzył McDonald’s, a jedynie skapitalizował pomysł, co nie czyni go założycielem. Ale cóż poradzisz, z marketingowcami nie wygrasz.

About Grzegorz Ciesielski

Amerykanista z wykształcenia, cosplayer z pasji, felietonista z przypadku. Pasjonat muzyki lat 60. i 80., miłośnik piw rzemieślniczych, kucharz amator. Gardzi kawą. Jego twórcze portfolio można zobaczyć na W Cosplay.