Mikropodsumowanie 2021

Nie pamiętam roku ze swojego świadomego życia, w którym skonsumowałbym mniej popkulturowych produktów. Pozamykane kina, różne zawirowania, ale nade wszystko potężny i w pełni zapracowany przesyt sprawiły, że na nowości reagowałem raczej alergicznie, niż z jakąkolwiek ekscytacją. Nie da się ukryć, że “kupka wstydu” zdecydowanie przewyższa to, co udało się obejrzeć czy przeczytać – wciąż nie ruszyłem nawet kilku żelaznych kandydatów do wywołania kinowego zachwytu, czyli na przykład Diuny. Niemniej zapraszam na (bardzo) krótki przegląd filmowo-serialowych produkcji, które zwróciły moją uwagę w minionym roku.

Wesele (reż. Wojciech Smarzowski)

Wesele z 2004 roku umieściłem swego czasu na szczycie mojego rankingu filmów Wojciecha Smarzowskiego. Wesele z 2021 próbuje uderzać zdecydowanie mocniej i momentami (retrospekcje z czasów wojny) gniecie niczym emocjonalny walec. Problem w tym, że zdecydowanie za dużo tutaj polityki. Smarzowski krzyczy na widza i łopatą tłumaczy podobieństwa mechanizmów społecznych międzywojennej/wojennej Rzeczypospolitej z tymi obecnymi. I teoretycznie nie ma w samej idei niczego złego – ba, wielokrotnie wypada zgodzić się z tymi spostrzeżeniami, a prowadząca do tragedii mechanika pogardy pozostaje przecież identyczna pomimo społecznych zmian czy historycznych procesów. Wesele nie zostawia jednak kompletnie żadnego pola do domysłów, traktuje widza z góry i przypomina lekcję historii czy WOSu przeprowadzoną przez wściekłego nauczyciela.

To film z licznymi przebłyskami, sprawną realizacją i ogromnym potencjałem, ale przy tym mocno ujawniający także wtórność typowej dla Wojciecha Smarzowskiego konstrukcji scen, bohaterów czy wydarzeń. Jako całość: zawód.

Squid Game (reż. Dong-hyuk Hwang)

Koreańskie kino komercyjnie rozkwitło w ostatnich latach – zwłaszcza po Parasite (i innych filmach Bong Ho-Joona, o których pisałem w zbiorczym artykule). Squid Game idealnie wstrzelił się w pustkę końcówki lata, oferując zachodniemu widzowi w mainstreamie coś znacznie świeższego niż kolejne iteracje tego samego. I jasne, niektóre motywy wydają się strasznie głupie (zwłaszcza diaboliczne, disneyowskie VIP-y), a zakończenie zawodzi – nie zmienia to jednak faktu, że Squid Game jako jednorazowa, kilkuodcinkowa przygoda to gwarancja dobrze spędzonych kilku godzin.

Plany na realizację drugiego sezonu są już potwierdzone (a po nim pewnie trzeciego i czwartego), co artystycznie wydaje się oczywiście kompletnym strzałem w stopę – potencjał tej historii został wyciśnięty do granic i może być już tylko gorzej. Niemniej jako serialowa niespodzianka roku Squid Game wyprzedza resztę stawki ze sporą przewagą.

Matrix Zmartwychwstania (reż. Lana Wachowski)

Film, który obejrzałem właściwie “z obowiązku” i do którego nie miałem żadnych sensownych oczekiwań. Okazało się to jedyną słuszną drogą – Matrix Zmartwychwstania to właściwie podręcznikowy przykład tego, jak bardzo mainstreamowe kino (i popkultura ogólnie) zjada własny ogon. Film zbędny, napisany po łebkach i na dobrą sprawę bez jakichkolwiek artystycznych ambicji. Włożono tylko tyle wysiłku, ile było potrzebne, żeby uniknąć totalnej kompromitacji i zmonetyzować przygasające ogniska matriksowej nostalgii.

Matrix Zmartwychwstania to produkcja przywodząca na myśl raczej wysokobudżetowy fanfik niż pełnoprawny sequel. Jedynym względnie jasnym punktem jest występ Neila Patricka Harrisa, który jednak ginie w ogromie absurdalnych scenariuszowych rozwiązań, fabularnych dróg na skróty i kompletnie niewciągającej, nieinteresującej akcji.

Wiedźmin – sezon 2 (reż. Edward Bazalgette, Sarah O’Gorman, Stephen Surjik, Louise Hooper)

Dwa lata temu serialowego Wiedźmina opisywałem jako projekt udany pomimo wielu artystycznych kompromisów, na które musieli iść twórcy. Drugi sezon z jednej strony kontynuuje drogę obraną przez ekipę zatrudnioną przez Netfliksa, z drugiej wprowadza kilka zmian. Najważniejszą jest chyba odejście od mieszania wydarzeń na osi czasu – tym razem nie cofamy się do różnych epok, dzięki czemu teoretycznie unikamy potężnego chaosu, który mimo wszystko dominował w debiutanckim sezonie.

Paradoksalnie linearna struktura wcale wiele nie porządkuje. Problem wynika z faktu, że pierwsza seria faktycznie wprowadzała nieco zamieszania przez skoki w czasie, jednak rekompensowała to wyrazistymi, w większości dobrze napisanymi postaciami. Tutaj tego ostatniego trochę zabrakło – zawodzą zwłaszcza drugo- i trzecioplanowi bohaterowie (oraz Anna Shaffer jako Triss), którzy nie ułatwiają zagłębienia się w świat przedstawiony. 

Pogrobowce Trójki jednak dały radę 

Być może warto wspomnieć jeszcze o najbardziej nieudanym proroctwie, które popełniłem w ostatnich miesiącach. Jeszcze w 2020 roku “Trójka” rozpadła się na dwa konkurujące ze sobą radia oparte o model finansowania społecznościowego. Byłem przekonany, że fala wznosząca za chwilę opadnie, a tuż za wielką mobilizacją będzie kroczyć szybka utrata całego potencjału – tradycyjne media są w końcu w głębokim odwrocie. Tymczasem okazało się, że nie doceniłem determinacji i know-how tych dwóch składów, które mogą dziś z czystym sumieniem wzajemnie sobie pogratulować bez oglądania się na opuszczoną Trójkę.

Na dobrą sprawę było to myślenie całkiem uzasadnione – zespoły składające się na rdzeń Radia Nowy Świat i Radia 357 były przecież przyzwyczajone do zupełnie innego szablonu działań, a crowdfunding wymaga ciągłej animacji społeczności metodami odmiennymi metodami, niż w państwowym radiu. Połączenie nowoczesności ze sprawdzoną przez lata “boomeriadą” najwyraźniej jednak wypaliło – Patronite’y płoną od kolejnych wpłat, a niedawny Top Wszech Czasów w Radiu 357 zebrał pokaźną i bardzo zaangażowaną widownię.*

*I to pomimo – umówmy się – dość żenujących i pozbawionych sensownej treści wejść, opierających się niemal wyłącznie na powtarzaniu, że jest fajnie, magicznie, niesamowicie, a audycja ma sponsora.