Film

Od śmiechu po czerwony dywan. O fenomenie The Room

on

Swego czasu jednymi z najpopularniejszych krytyków filmowych byli nieżyjący już Gene Siskel i Roger Ebert, którzy w swoim autorskim programie telewizyjnym wprowadzili prosty jak scenariusz Botoksu system oceniania. Kciuk w dół oznaczał film niewart naszego zainteresowania, a palec skierowany ku górze sygnalizował obowiązkowy seans. I taka klasyfikacja sprawdza się idealnie w przypadku kinematografii. Historia filmu pokazała, że obrazy fatalne na poziomie podstaw, takich jak reżyseria, montaż czy aktorstwo, nie muszą być od razu spisywane na straty. Czasami liczy się po prostu radość z oglądania tego, co dzieje się na ekranie i możliwość podziwiania nieporadności osób odpowiedzialnych za film.

O fenomenie bad movies (i jak odróżniać prawdziwe kaszanki od farbowanych lisów) napisałem w jednym z moich poprzednich artykułów. Dzisiaj natomiast chciałbym przybliżyć wam modelowy przykład złego kina, które wielkimi krokami wchodzi w mainstream, zahaczając nawet pośrednio o Oscary. Gdyby panowie Siskel i Ebert dożyli boomu na The Room, z pewnością na początku niemiłosiernie rozprawiliby się z dziełem Wiseau, by w końcu kciukiem w górę zarekomendować ten film szerokiej widowni.

Nie wyobrażam sobie, by piętnaście lat po premierze znalazła się osoba, która nawet przypadkiem nie natrafiła na fragment The Room, choćby w poszukiwaniu dziwnych internetowych klipów. Zarówno ze względu na szczęściarzy, którzy nie wiedzą jeszcze jaki jest najlepszy strój na niezobowiązującą grę w futbol, jak i starych wyjadaczy kupujących dziesiątki plastikowych łyżek na premierę, nie mam zamiaru poświęcać czasu na streszczanie filmu. The Room trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy, najlepiej w gronie najbliższych przyjaciół. Niezachęconych natomiast zapraszam do dalszej lektury tekstu, gdzie odkryjemy kulisy produkcji tego arcydzieła, bo jak to bywa przy każdym filmowym potworku, historia powstawania często dorównuje efektowi końcowemu.

O fenomenie The Room

Niestety najmniej wiemy o samym reżyserze, producencie, scenarzyście i odtwórcy głównej roli. Tommy Wiseau unika pytań o pochodzenie (dociekania fanów wskazują Polskę jako miejsce urodzenia), wiek czy źródło funduszy (bagatela 6 milionów dolarów) na swoje filmowe projekty. I wiedzielibyśmy o wiele mniej, gdyby Wiseau w swoim życiu nie spotkał Grega Sestero. W 1998 roku 20-letni Sestero, który na własnej skórze odczuwał fałszywość amerykańskiego snu, w trakcie jednych z ćwiczeń w szkole aktorskiej był świadkiem przedziwnej recytacji Shakespeare’a w wykonaniu osobliwego jegomościa. Z braku ważniejszych zajęć i ze zwykłej ciekawości młody aktor postanowił zaprzyjaźnić się z ekscentrycznym Tommym, licząc, że w jego życiu w końcu zacznie się dziać coś interesującego.

Wiseau od początku był trudną osobą, i nawet gdy Greg zdobył już jego zaufanie, nie brakowało awantur. Tommy dość słabo ukrywał zazdrość o beztroskie spojrzenie na życie i – przede wszystkim – małe sukcesy Sestero, podbudowanego zresztą dzięki nastawieniu Wiseau do kariery. Sestero doświadczał zarówno troski, jak i nienawiści ze strony Tommy’ego. Wielu znajomych, w szczególności matka, doradzało zakończyć przyjaźń z człowiekiem miliona akcentów, co oznaczałoby również stratę wielu wygód (w tamtym czasie Sestero wynajmował u Tommy’ego mieszkanie i to w dość okazyjnej cenie, jak na kalifornijską metropolię).

Punktem zwrotnym ich znajomości był seans Utalentowanego pana Ripley. Greg liczył, że po obejrzeniu filmu Wiseau przemyśli swoje postępowanie i przestanie nieudolnie kopiować od swojego przyjaciela pomysły na karierę. Jednak po wyjściu z kina Tommy odkrył w sobie nową, niezaspokojoną potrzebę, jaką było nakręcenie filmu, którego ładunek emocjonalny dorówna produkcji z Mattem Damonem w roli tytułowej.

The Room

Greg Sestero w The Room

Do akcji wkroczyły więc niekończące się środki finansowe Wiseau, a przez cały proces produkcji filmu przewijały się absurdy i kontrowersje, do których nie dopuściłby nawet filmowiec-amator. Tommy nie widział problemu w tym, by zamiast wypożyczyć kosztowny sprzęt nagraniowy kupić nie jedną, ale dwie różne kamery (cyfrową i analogową), zmuszając jednocześnie całą ekipę do przystosowania się do pracy z tym niepraktycznym amalgamatem urządzeń optycznych. Aktorzy nie mieli pełnego wglądu w scenariusz, co nie tylko utrudniało ich pracę, ale doprowadziło też do wielu wypowiedzeń i osobistych tragedii.

Najmocniej odczuła to odtwórczyni roli Lisy – Juliette Danielle, której niesławne rozbierane sceny stały się obiektem wulgarnych żartów i doprowadziły młodą aktorkę do problemów psychicznych. Niezdolność Tommy’ego do zapamiętania więcej niż jednej linijki tekstu, odchodzący członkowie ekipy czy upał panujący na planie sztucznego dachu (zbudowanego, mimo że Wiseau miał dostęp do prawdziwej lokacji, idealnie skrojonej pod tę scenę) utrzymywały wszystkich w przekonaniu, że The Room nie przejdzie przez fazę postprodukcji i nigdy nie ujrzy światła dziennego.

Montaż został jednak szybko ukończony i The Room zadebiutował pod koniec czerwca 2003 roku, zarabiając żałosną kwotę 1800 dolarów przy ogromnych kosztach produkcji. Nie pomogła również kampania reklamowa w postaci portretu Wiseau złowrogo spoglądającego z jednego z billboardów w Hollywood. Poza aktorami, ich rodzinami i garstką przypadkowych osób obecnych na odbywających się przez dwa tygodnie seansach, nikt inny nie widział, ani nie słyszał o The Room. YouTube miał powstać dopiero 2 lata później, brakowało więc środków przekazu, by rozpropagować antydzieło Wiseau. Jak się jednak okazuje, możemy dość łatwo odnaleźć „pacjenta zero”, który zapoczątkował drugie życie The Room w świecie kinematografii i popkultury.

A jest nim Michael Rousselet, utytułowany komik współpracujący obecnie z NBC i Comedy Central oraz autor scenariuszy do animowanej wersji komiksu Cyanide and Happiness. O The Room dowiedział się z trailera wyświetlanego przed projekcją jednego z filmów dokumentalnych, i o ile zwiastun przykuł jego uwagę, tak pierwsze minuty filmu zadecydowały o szybkim telefonie z sali kinowej do grupki najlepszych znajomych, z którymi już kilka godzin później głośno śmiał się z nieporadności filmu. Zainspirowani fanowską otoczką projekcji innego kultowego filmu – Rocky Horror Picture Show, na kolejne sesje z The Room wybierali się w przebraniach, uzbrojeni w plastikowe łyżeczki, które rzucali w ekran za każdym razem, gdy w kadrze widoczne było obramowane zdjęcie sztućca (zapewne niedopatrzenie scenografów, którzy nie wyjęli stockowej fotografii z ramki).

O fenomenie The Room

Prawdopodobnie to dzięki dziesiątkom wizyt Rousseleta i jego przyjaciół The Room mógł pochwalić się jakimkolwiek box office’em, lecz nie to było najważniejsze. Machina została uruchomiona i kilka miesięcy po debiucie filmu, zachęcony darmowym PR-em w wykonaniu młodzika, Tommy Wiseau ogłosił kolejne projekcje, które stawały się coraz częstsze i coraz bardziej oblegane. The Room wyrosło na prawdziwy fenomen zachodniej części Stanów. Pojawiły się wzmianki w Entertainment Weekly, a fanbaza rozrosła się o takie sławy, jak Alec Baldwin czy Edgar Wright.

Ale jak mówi słynne przysłowie – sukces ma wielu ojców. Do międzynarodowej sławy The Room przyczynił się między innymi Doug Walker, twórca internetowy specjalizujący się w humorystycznych recenzjach filmów z okresu lat 80. i 90. Na życzenie swoich widzów postanowił rozprawić się z dziełem Wiseau, co przyniosło niebywałą popularność nie tylko twórcy, ale przede wszystkim obiektowi recenzji. Klip spodobał się każdemu, tylko nie samemu reżyserowi, który podpisując się jednym z dziesiątek swoich aliasów, wniósł roszczenie, prowadząc tym samym do usunięcia klipu Walkera. Szybko zadziałał efekt Streisand i dopiero wtedy twórca spotkał się z prawdziwą falą krytyki. Bo, wbrew pozorom, recenzja Nostalgii Critica, choć prześmiewcza, koniec końców zachęcała do obejrzenia The Room, a miliony wyświetleń pod filmem Walkera nie są niczym innym jak darmową reklamą, która była potrzebna Wiseau do osiągnięcia międzynarodowej popularności.

I to dzięki recenzji Nostalgii Critica po raz pierwszy dowiedziałem się o The Room. Podobnie jak Michael Rousselet, nie widziałem innej opcji obejrzenia tego filmu niż w większej grupie. Akurat zaczynałem wtedy liceum i nie było żadnej stałej więzi między mną a kolegami z klasy. Zaprosiłem ich więc na seans „pewnego złego filmu”. Pomyślałem, wóz albo przewóz – albo zostanę uznany za dziwaka, który ogląda filmy o długowłosym zombie z wschodnioeuropejskim akcentem, albo w najlepszym wypadku nie będziemy wspominać o tej imprezie do końca liceum. Na nasze szczęście The Room trafił w gusta nas wszystkich, śmiechom nie było końca, a wiele scen było powtarzanych kilkukrotnie. Od tej pory śledziliśmy każdy news dotyczący tego osobliwego reżysera. Na przestrzeni następnych lat The Room doczekało się adaptacji w postaci gry flash, Tommy został gospodarzem własnego gamingowego show, a Greg Sestero powoli zbierał materiał na swoją autobiografię.

To właśnie ta książka zainicjowała kolejną eksplozję popularności The Room. Disaster Artist szybko stał się hitem Amazona i jedną z niewielu pozycji w historii literatury, która zyskuje na formacie audiobooka, głównie dzięki wyjątkowej umiejętności Sestero do naśladowania głosu Tommy’ego. Fani The Room nie mieli jednak czasu na spoczynek, gdyż rok po wydaniu książki reżyser James Franco uzyskał prawa do jej ekranizacji. Na starcie zaklepał sobie również możliwość odtworzenie głównej roli. Na szczęście jego zaangażowanie nie stanowiło jedynie hołdu dla „wielozadaniowego” Wiseau i krytycy bardzo ciepło przyjęli filmowego Disaster Artist. Ostateczną nobilitacją jest zresztą nominowanie filmu do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany. I cóż, wielkim błędem ze strony Franco byłoby niezaproszenie Tommy’ego Wisaeu na galę wręczenia nagród.

Oficjalna premiera Disaster Artist będzie miała miejsce 9 lutego, pozostało więc dość niewiele czasu, by nadrobić zaległości i obejrzeć Obywatela Kane’a złych filmów. Z drugiej strony, bardzo jestem ciekaw odbioru filmu Franco przez osoby, które nie miały wcześniej styczności z ewenementami w postaci chociażby słynnej sceny w kwiaciarni czy konfrontacji Denny’ego z Chris-R. Więc jeśli macie przyjaciół nieświadomych talentu Wiseau, pozostawcie ich w niewiedzy, a później zaproście na projekcję Disaster Artist wspólnie z tymi, którzy The Room już widzieli i porównajcie wasze reakcje.

O fenomenie The Room

Mój stary to fanatyk The Room. Całe mieszkanie….

Ja na film wybieram się za niecały tydzień, a wraz ze mną ci sami delikwenci, którzy 8 lat temu padli ofiarą czaru Wiseau. I choć na co dzień dzielą nas setki kilometrów, gdy pojawia się okazja do usłyszenia „I did not hit her” na wielkim ekranie, nie trzeba nikogo przekonywać do ruszenia swoich czterech liter.

About Grzegorz Ciesielski

Amerykanista z wykształcenia, cosplayer z pasji, felietonista z przypadku. Pasjonat muzyki lat 60. i 80., miłośnik piw rzemieślniczych, kucharz amator. Gardzi kawą. Jego twórcze portfolio można zobaczyć na W Cosplay. Twitter: grzeniu_c

Recommended for you