fbpx

Film

Co zobaczyć przed Endgame, czyli ranking filmów Marvela

on

Nieubłaganie zbliża się premiera Endgame (pomińmy wyjątkowo niefortunne tłumaczenie polskiego dystrybutora), a to dobry czas by nadrobić braki czy też odświeżyć sobie dorobek jakże obszernego uniwersum Marvela. Dobrą wiadomością dla osób z ograniczonym czasem może być fakt, że seriale telewizyjne i te dostępne na platformach streamingowych, choć oficjalnie kanoniczne, nie mają znacznego wpływu na odbiór kinowej części MCU.

Od pierwszego Iron Mana po Kapitan Marvel, główny trzon Marvel Cinematic Universe tworzy 21 filmów o łącznej długości ponad 45 godzin. W przeciwieństwie do naśladowców pokroju DC Extended Universe czy Wizarding World, tutaj zdecydowana większość filmów prezentuje mocno wyrównany poziom. Mimo to można wyróżnić zarówno produkcje, do których z przyjemnością się wraca kilka razy do roku, jak i zapychacze nadające się co najwyżej jako tło do domowych obowiązków. Postanowiliśmy ułożyć pełen ranking dotychczasowego dorobku uniwersum, zaczynając od filmów najmniej udanych, a kończąc na czołówce kinowego Marvela.

Thor: Mroczny Świat (2013, reż. Alan Taylor)

Na grzechy pierwszej części można było jeszcze przymknąć oko, ale po ciepło przyjętym pierwszym Kapitanie Ameryce i popkulturowym fenomenie, jakim było Avengers, poprzeczka została podniesiona wysoko – na tyle wysoko, że po kontynuacji Thora można było się spodziewać jakościowego skoku.

Problem w tym, że Mroczny Świat powiela wiele błędów poprzednika. Powracają grający duże dziecko Chris Hemsworth i Natalie Portman z najgorszym występem od czasu Padme Amidali, a stworzonemu przez nich wątkowi miłosnemu znacznie bliżej do romansów przedstawianych w trzecioligowych filmach dla nastolatków. Wrogowie prezentują niski poziom nawet jak na MCU i tylko Loki oraz nieodżałowany Idris Elba jako charyzmatyczny Heimdall jak zwykle ratują resztki filmu.

Thor (2011, reż. Kenneth Branagh)

Z pewnością do zalet pierwszego Thora można zaliczyć to, że nie jest jego sequelem. Jednak im dalej w las, tym gorzej. Film lawiruje między teatralną scenerią Asgardu z nadętymi „bogami” na czele, a światem ziemskim zamieszkałym przez najgorzej napisane postaci uniwersum Marvela, których osobowość określa ich „running gag”.

Chociaż film trudno polecić komukolwiek innemu poza fanatykami chcącymi odhaczyć każdy film Marvela, to warto obejrzeć go chociażby dla lepszego zrozumienia relacji Lokiego z Thorem, jak również motywacji granego przez Toma Hiddlestona knowacza.

Iron Man 3 (2013, reż. Shane Black)

Trzecia część Iron Mana miała nadać Tony’emu Starkowi więcej człowieczeństwa, pokazać go jako postać bardziej niejednoznaczną, naznaczoną problemem z opanowaniem sytuacji, którą w dużej mierze sam stworzył. Wyszło niestety bardzo słabo – film nie do końca wie, czy ma być poważniejszą opowieścią o brzemieniu odpowiedzialności, czy jednak bezpieczną i mało przekonującą historią o wymuszonym kryzysie bohatera. Dochodzi do tego tradycyjnie irytujący motyw dziecięcego towarzysza oraz schemat odrzuconego nerda, który w imię zemsty przeszedł na ciemną stronę.

Iron Man 3 ma oczywiście kilka mocnych punktów – przede wszystkim kontrowersyjne rozwiązanie wątku z Mandarynem, które uważam za świetny trik i jednoczesne ironiczne puszczenie oka do wszystkich, którzy od samego początku (nie bez powodu) narzekają na czarne charaktery w MCU. To jednak nie jest w stanie uratować filmu.

Ant-Man i Osa (2018, reż. Payton Reed)

Podobnie jak w przypadku drugich Strażników, zdecydowano się pójść przetartymi wcześniej ścieżkami, lecz o ile w przypadku filmu Gunna problemem był przesyt konwencją, tak sequel Ant-Mana cierpi na jej brak, zarówno w sferze fabularnej, jak i wizualnej.

Potencjał, jaki niesie w kinematografii zmniejszanie się i powiększanie głównego bohatera nie został w pełni wykorzystany. Wizyta w świecie kwantowym, będącą główną osią fabuły, trwała dosłownie kilka minut, przez co konieczne było wypełnienie filmu kilkoma niepotrzebnymi wątkami, czyniąc całość nie do końca spójną. Nie można jednak powiedzieć złego słowa o obsadzie (tradycyjnie z pominięciem czarnych charakterów), a Luis wciąż pozostaje najoryginalniejszym elementem humorystycznym uniwersum Marvela.

Incredible Hulk (2008, reż. Louis Leterrier)

Zielony stwór Marvela nie miał szczęścia do filmów solowych. Incredible Hulk posiada wyraźne cechy pierwszej fazy Uniwersum, w której w parze z wysoką jakością produkcji idzie nie do końca ukształtowana wizja filmu jako elementu większej opowieści. I dokładnie z tego powodu polecam zapoznać się z tym nieco lekceważonym tworem MCU.

Choć nie jestem fanem obsadzania mocno utytułowanych aktorów w filmach superhero, w mojej ocenie Edward Norton pozostaje najwierniejszym odtwórcą roli Bruce’a Bannera. Mark Ruffalo co prawda również nie należy do aktorów ze skromnym dorobkiem, ale odgórny ton narzucony przez włodarzy MCU ogranicza jego postać do roli „tego mądrego”, a Hulka oddelegowuje do scen kreskówkowej przemocy (pomijam z litości niezręczną relację z Black Widow). Interpretacja Nortona pozostaje bliższa komiksom, w których to alter ego jest faktycznym brzemieniem Bruce’a Bannera – sam aktor postulował nad pozostaniem przy takiej wizji, co prawdopodobnie przypłacił później utratą roli. Cóż, swoim uporem dorównał tytułowej bestii.

Avengers: Czas Ultrona (2015, reż. Joss Whedon)

W porównaniu do pierwszych Avengers znacznie wzrosła skala filmu – tutaj bohaterowie (no dobra, nie sami) dosłownie podnoszą już całe miasta. Wreszcie uniwersum zaczęło też zwracać uwagę na cywili i milionowe straty, które generuje oddział Avengers podczas swoich akcji, co posuwa fabułę do przodu i w prostej linii prowadzi do wydarzeń z Wojny Bohaterów. Warto też wspomnieć o pokazie scenopisarskiego kunsztu przy rozwiązywaniu wątku młota Thora – zabieg prosty, ale idealnie zastosowany.

W Czasie Ultrona względem pierwszych Avengers wszystkiego jest więcej – postaci, relacji między nimi, efektownych starć na mniejszą (Hulkbuster) i większą (Sokovia) skalę. Mimo to film pozostawia spory niedosyt, głównie z powodu scenariuszowego chaosu – elementów składowych jest po prostu za dużo, by dało się to zgrabnie spiąć w ponad 2-godzinnym obrazie. Fatalnie sprawdził się również Ultron jako przeciwnik Iron Mana i spółki.

Kapitan Marvel (2019, reż. Anna Boden, Ryan Fleck)

Kapitan Marvel, choć nie jest pierwszą kobietą wśród bohaterów MCU, została pierwszą superbohaterką z poświęconym jej filmem, który uzupełnia lukę pomiędzy dwoma ostatnimi odsłonami Avengers. Po wielu historiach przedstawiających początki postaci Kapitan Marvel nie wyróżnia się niczym szczególnym, idąc dobrze znanymi tropami, które docelowa widownia tak polubiła. I niestety po fali całkiem udanych przeciwników, a w szczególności Thanosie, ponownie odczuwalny jest brak zapadającego w pamięć złoczyńcy. Mamy przez to wrażenie, że to tylko bardzo drogie przedstawienie postaci, która rozwinięta zostanie w Końcu gry.

Dużą zaletą jest postać Fury’ego, który wreszcie nie jest na trzecim planie i którego po 20 filmach jesteśmy w stanie bliżej poznać. Wysoki poziom trzyma również strona audiowizualna stylizowana na lata 90., zanim zaczął się cały późniejszy bajzel, a Kapitan Ameryka wciąż siedział w lodzie. Gorzej z oddaniem klimatu tych lat, bo o ile Strażnicy Galaktyki czy Thor: Ragnarok nie musieli trzymać się czasowo poprzednich dekad, by zachować charakterystyczny dla nich ton, tak humor w Kapitan Marvel zbyt często sprowadza się do „o, to ta marka/sieć/przedmiot, który wtedy był na czasie”. Na szczęście udanie sprawdza się tu scenografia. Być może to tylko poprawny film, ale w ostatnim czasie poprzeczka została umiejscowiona nazbyt wysoko.

Iron Man 2 (2010, reż. Jon Favreau)

Druga część ma swój urok, choć jest zdecydowanie słabsza od pierwszej. Iron Man 2 w żadnym momencie nie schodzi poniżej pewnego poziomu. To jednak za mało, żeby sequel dało się łatwo zapamiętać – po prostu wypada z głowy chwilę po seansie, nie wyróżnia się pod żadnym względem. Przeszkadza zaburzone tempo i nieco zbyt karykaturalne sceny walki, przy których trudno się nie uśmiechnąć.

W dużej mierze nie wykorzystano potencjału postaci granej przez Mickeya Rourke’a – całego bohatera można określić jako „zły małomówny Rosjanin z groźnymi tatuażami”. Podobny przypadek spotkał drugiego antagonistę – ten z kolei jest parodią wygadanego amerykańskiego biznesmena. Szkoda, bo Robert Downey Jr, Gwyneth Paltrow i reszta obsady jak zwykle aktorsko wycisnęli ze scenariusza tyle, ile się dało.

Doktor Strange (2016, reż. Scott Derrickson)

Do bólu poprawne origin story nakręcone w czasach, kiedy widzom przejadło się już wysłuchiwanie setnej historii o butnym miliarderze, którego nieszczęśliwy wypadek zmusił do uporządkowania swoich życiowych priorytetów.

Logicznym jest jednak, że przez niszowość postaci trzeba było na potrzeby mniej obeznanych odbiorców przedstawić pełną historię Stephena Strange’a. Implementacja sztuk mistycznych w zdominowanym dotychczas przez fantastykę naukową MCU wprowadziła nieco świeżości w wizualia, a nawet konfrontacja z wielkim złym zakończyła się nadzwyczaj zaskakująco, choć film zdawał się nie oferować nic nowego w tej dziedzinie.

Strażnicy Galaktyki 2 (2017, reż. James Gunn)

Więcej tego samego nie zawsze znaczy lepiej. Ciepłe przyjęcie debiutujących bohaterów mogło tylko oznaczać, że dwójka powtórzy sukces. Ja jednak odniosłem wrażenie, że zdecydowano się pójść po linii najmniejszego oporu, w efekcie czego Guardians vol. 2 nie zaskakuje już tak bardzo jak jego pierwowzór.

Jeszcze raz Starlord i jego wciąż ucząca się gry zespołowej menażeria ratują świat przed globalnym zagrożeniem, zaś żarty balansują na cienkiej linii pomiędzy bezpieczną kategorią PG a demonetyzującym R. Ponownie ścieżka dźwiękowa przedłuża życie tego filmu poza salą kinową. Przestrzeń kosmiczna uniwersum Marvela jest na tyle rozległa, że najwyższy czas oddać ją we władanie także innym, równie interesującym mieszkańcom.

Thor: Ragnarok (2017, reż. Taika Waititi)

Na moją pierwotną opinię na temat tego filmu wpłynął świeży seans poprzednich części, w efekcie czego uprzedzenie do postaci Thora odbiło się na końcowej ocenie. Od tego czasu odrobiłem jednak pracę domową i bardziej zainteresowałem się twórczością Taiki Waititiego, stwierdzając, że potraktowanie Ragnaroka jako kalki Strażników Galaktyki jest nadzwyczaj krzywdzące.

Nie zmienia to jednak diametralnie mojej opinii i trzecia część Thora, choć o niebo lepsza od swoich poprzedniczek, nieco męczy swoim nazbyt luzackim podejściem, wyeksploatowaną do granic możliwości stylistyką lat osiemdziesiątych i humorem, który ponownie, jest kwestią mocno subiektywną. Chociaż końcówka filmu potrafiła pozytywnie zaskoczyć.

Ant-Man (2015, reż. Peyton Reed)

Uczynienie mało reprezentacyjnego superbohatera atrakcyjnym dla masowej widowni nie było jedynym wyzwaniem dla producentów Ant-Mana. Liczne szkice scenariusza i przetasowania w ekipie filmowej nie wróżyły dobrze debiutowi Scotta Langa w filmowym uniwersum. I cóż, może nie wyszedł film idealny, ale na tyle dobry, by pozbyć się niesmaku po Age of Ultron.

Po raz pierwszy mamy do czynienia z protagonistą-everymanem. Jego moce nie są efektem mutacji ani multimilionowego majątku, można wręcz powiedzieć, że jest bohaterem z przypadku.

Moc powiększania i pomniejszania daje okazję do zaprezentowania ciekawych scenerii i kreatywnego wykorzystania efektów specjalnych. Nawet aspekty humorystyczne nie wydawały się już tak mocno wymuszone. Mam wrażenie, że to właśnie dzięki chaosowi, jaki zapanował w trakcie produkcji, Ant-Man nie stał się kolejnym odrysowanym od linijki filmem Marvela.

Czarna Pantera (2018, reż. Ryan Coogler)

Dotychczas w MCU przeważała zasada, że dany pierwszoplanowy bohater wpierw dostaje swój film, a dopiero następnie pojawia się w innych. Czarna Pantera razem ze Spider-Manem został jednak przedstawiony w Wojnie Bohaterów, gdzie mieliśmy już całą masę innych postaci. Zdołał się zaprezentować na tyle dobrze, że film z nim w roli głównej był mocno wyczekiwany. Po ukazaniu Asgardu i kosmosu, przenosimy się do nie mniej fantastycznej Wakandy opierającej się na kulturze afrykańskiej. Nie musieliśmy przy tym poznawać bohatera od początku, dzięki czemu mogliśmy od razu wskoczyć do akcji. Ta jest wartka, choć CGI miejscami kuleje, ale największą frajdę daje nam poznawanie samej Wakandy i jej kultury. To właśnie dzięki temu chociażby muzyka wyróżnia się na tle typowego dudnienia w MCU.

Poza tym mamy dość standardową historię księcia T’Challi, a choć główny czarny charakter ponownie w finale staje się złym odbiciem protagonisty, tak jego ambicje wykraczają nieco dalej niż standardowe przejęcie władzy nad wszystkim. Reżyser Ryan Coogler, wywodzący się z niezależnego kina, często zwalnia akcję, skupiając się na ukazaniu twarzy postaci i ich motywacji, co wychodzi na plus.

Spider-Man: Homecoming (2017, reż. Jon Watts)

Pozbawiając młodego Petera Parkera obowiązków kolegów po fachu, takich jak ratowanie setek wszechświatów czy godzenie politycznych sporów, twórcy Homecoming nie tylko dali widzom odetchnąć, ale też zyskali możliwość opowiedzenia historii, na jaką Spider-Man zasługiwał od ponad dekady.

Dzięki mniejszej skali filmu, główną rolę gra tu Peter Parker jako człowiek, którego dojrzewanie fizyczne i emocjonalne zazębia się z treningiem w roli superbohatera. Objęcie takiego kierunku prowadzenia historii nie oznaczało jednak, że Spider-Man stanie się filmem zbyt „młodzieżowym”, i na szczęście nie powtórzył on błędów swoich poprzednich inkarnacji. Wraca również Tony Stark, dla którego Homecoming stał się małym rozgrzeszeniem po niezbyt udanym zakończeniu własnej trylogii.

Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie (2011, reż. Joe Johnston)

Akcję ostatniego przystanku przed Avengers osadzono głównie w latach 40., dzięki czemu można było jednocześnie przedstawić historię powstania Kapitana Ameryki i przy okazji trochę urozmaicić widzom świat przedstawiony. Bardzo podoba mi się samoświadomość filmu na temat własnego patosu – cały wizerunek bohatera jest zwyczajnie kuriozalny, o czym sam Steve Rogers doskonale wie i wciąż na ten temat ironizuje. Przed premierą mówiono zresztą, że bohater ten zwyczajnie nie przystaje do dzisiejszych czasów – twórcy właśnie z tego uczynili jego wyróżnik, co wprowadziło do grupy Avengers sporo kolorytu. Na plus również świetna obsada z Hugo Weavingiem i Tommy Lee Jonesem.

Avengers (2012, też. Joss Whedon)

Pamiętam swoje zaskoczenie, kiedy chwilę po premierze wybrałem się do kina, nie mając żadnych oczekiwań, a wyszedłem zachwycony. Kluczem do sukcesu okazał się dobór postaci – przedstawiani po kolei w pierwszej fazie bohaterowie doskonale do siebie pasują. Jasne, można się przyczepić do stereotypowych kosmitów czy do prostackiego triku z agentem Coulsonem, ale eksperyment z zebraniem całej ferajny w jednym filmie bez wątpienia się udał.

Powtórny seans Avengers jest świetnym wyznacznikiem tego, jak seria się rozwijała – w momencie premiery film był uznawany za pełen rozmachu i bitew na ogromną skalę. Dzisiaj produkcja zupełnie nie budzi pod tym względem zachwytu, chociaż efekty specjalne dalej potrafią zrobić wrażenie.

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (2014, reż. Anthony Russo, Joe Russo)

Pojawienie się głównego czarnego charakteru to chyba najgłupsze zmartwychwstanie w całym MCU, biorąc pod uwagę wydarzenia z Pierwszego Starcia (chociaż jako postać jest bardzo dobry). Mimo tego zgrzytu Zimowego Żołnierza ogląda się nadzwyczaj dobrze – tym razem Marvel Studios trochę zmieniło stylistykę i dostarczyło nam produkt mocno inspirowany filmami szpiegowskimi, co okazało się trafnym zabiegiem.

Choć nie ma tu spektakularnej bitwy niszczącej połowę miasta (film pod tym względem jest wręcz zaskakująco skromny jak na standardy serii), wydarzenia mocno zmieniają status quo całego uniwersum. Czuć, że wszystko w scenariuszu jest na swoim miejscu i że to film, który do czegoś prowadzi.

Strażnicy Galaktyki (2014, reż. James Gunn)

Nie jestem fanem nachalnego humoru Jamesa Gunna, ale nie da się nie przyznać, że w tym szaleństwie jest metoda. Strażnicy wprowadzili do uniwersum wiele świeżości i jeszcze więcej luzu, tworząc drugą odnogę głównej fabuły i jednocześnie stając się osobnym popkulturowym fenomenem. Na uwagę zasługuje też świetny soundtrack.

To film, który jednocześnie zapewnia masę rozrywki i irytuje, chociaż w tym poglądzie jestem chyba odosobniony. Jakkolwiek go nie traktować, Strażnicy Galaktyki zasługują na wysokie miejsce w naszym zestawieniu – za odwagę, za przełamanie pewnych schematów i za podręcznikowy przykład chemii między postaciami.

Avengers: Wojna bez granic (2018, reż. Anthony Russo, Joe Russo)

Dziesięć lat budowania uniwersum zdecydowanie się opłaciło. I to nie mogło się nie udać, ponieważ za sterami Infinity War stanęli bracia Russo odpowiedzialni za silne propozycje MCU, takie jak Winter Soldier i Civil War. To właśnie oni wiodą prym w tworzeniu superbohaterskich crossoverów.

I nie ma się co dziwić, bo pomimo ostatecznego podziału na dwie części, skala filmu może być w dalszym ciągu przytłaczająca, szczególnie dla niedzielnych widzów. Spędzenie 38 godzin na nadrabianiu całego uniwersum Marvela wydaje się wręcz niezbędne do pełnego doświadczenia. Z technicznego punktu widzenia film kończy się na drugim akcie, i nawet jeśli Infinity War nie do końca przypadło do gustu krytykom, możliwe że wraz z premierą Endgame historia Thanosa zostanie dopowiedziana w sposób satysfakcjonujący. I miejmy nadzieję, że tak będzie. W końcu przykro by było spisać na straty tak dobrze napisany czarny charakter.

Iron Man (2008, reż. Jon Favreau)

Na otwarcie Marvel Cinematic Universe nieprzypadkowo został wyznaczony Iron Man – debiutująca seria potrzebowała wyrazistego bohatera, którego polubi widownia, ale który jednocześnie nie będzie do bólu typowym superherosem. Robert Downey Jr dostał skrojony pod siebie scenariusz, za co odwdzięczył się po stokroć – jego Tony Stark jest arogancki i ma ogromne ego, ale z całą pewnością da się go polubić. Jest przy tym jak na komiksowe standardy w miarę osadzony w rzeczywistości – bogaty inżynier w zaawansowanej technologicznie zbroi jest jednak bardziej przystępny niż kosmiczne szopy czy nordyccy bogowie.

To wciągające, dobrze zrealizowane i przede wszystkim świeże w momencie premiery origin story. Można oczywiście narzekać, że trwający sporą część filmu wątek z porwaniem to fabularne pójście na łatwiznę, ale całościowo Iron Man na długi czas wyznaczył standardy mainstreamowych filmów superbohaterskich jako połączenie ratowania świata z lekkością amerykańskich komiksów.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (2016, reż. Anthony Russo, Joe Russo)

Tak jak pierwsze Avengers pokazało, że scenariusz z udziałem więcej niż dwóch herosów na ekranie jest możliwy do zrealizowania, tak Civil War tę formułę udoskonalił – w efekcie zaprezentowano nam najlepszy dotychczas film kinowy Marvela.

Udało się tu wszystko. Debiut Czarnej Pantery i Spider-Mana był naturalny i niewymuszony, konflikt między bohaterami wreszcie posiada jakieś podłoże, a nie jest jedynie powodem wymieniania się zabawnymi dialogami. Wreszcie pojawia się antagonista podchodzący pod antywroga, którego origin story jest wpleciony w poprzednie dokonania Avengers, kiedy to bezceremonialnie, niczym Power Rangers niszczyli „zupełnie przypadkiem” setki domostw w imię efektownych eksplozji i ratowania ludzkości. Wojna bohaterów jest przy tym przystępna i ogląda się ją dobrze niezależnie od doświadczenia w MCU.


Grzegorz Ciesielski: wstęp oraz opisy filmów Thor, Thor 2, Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów, Ant-Man, Ant-Man i Osa, Doktor Strange, Strażnicy Galaktyki vol. 2, Spider-Man: Homecoming, Thor: Ragnarok; Adam Kubaszewski: opisy filmów Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie, Iron Man, Iron Man 2, Iron Man 3, Avengers, Avengers: Czas Ultrona, Strażnicy Galaktyki, Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz; Patryk Głażewski: opisy filmów Czarna Pantera, Kapitan Marvel

About Redakcja

Ten artykuł został napisany wspólnymi siłami lub jest to artykuł gościnny.

Recommended for you