Film

Ukryte pod podszewką. Recenzja filmu Nić widmo

on

Autorem tekstu jest Krzysztof Maj.

Nić widmo to utkane z gestów, spojrzeń i mimiki kino o mechanizmach władzy oraz przemocy, rządzących relacją miłosną. O tym, jak możemy czerpać przyjemność z bezbronności drugiej osoby i poczucia kontroli nad nią.

Londyn, lata 50. XX w. Reynolds Woodcock jest popularnym krawcem, w którego kreacjach chodzi kobieca część społecznych elit. Projektując i szyjąc, dąży do perfekcji i samozadowolenia, wynikającego z zaspokojenia własnego poczucia smaku, ignorując za to zdanie swoich klientek. Wszystko w jego życiu utrzymane jest w pedantycznym porządku, dni Woodcocka wypełnione są sztywnymi wzorcami zachowań, brak tu miejsca na spontaniczność i nieprzewidywalność. Powodem takiego postępowania jest tkwiący głęboko w jego psychice lęk przed chaosem, przed niesprecyzowanym zagrożeniem (źródłem może być sugerowany subtelnie kompleks Edypa). Nękany neurozami staje się demiurgiem kreującym swój świat, w którym może mieć absolutną kontrolę. Stałym elementem w jego życiu jest siostra Cyril, która reprezentuje w filmie osobliwy pierwiastek ojcowski, dbając o interesy bohatera, przypominając o obowiązkach, czasem karcąc przejawy dziecinnej kapryśności typowej dla geniuszy.

Nić widmo - recenzja

Kobiety Woodcocka funkcjonują w jego świecie tylko wtedy, gdy zaakceptują swoją podrzędną, pasywną rolę. Kiedy zaczynają domagać się choć odrobiny atencji czy prowokują kłótnie, muszą ten świat opuścić – nie można zaburzać wewnętrznej równowagi wielkiego artysty. Żadna z kobiet nie jest w stanie żyć u boku egocentrycznego, humorzastego krawieckiego geniusza, dlatego pomimo pięćdziesięciu lat ten wciąż pozostaje kawalerem. Gdy poznaje Almę – kelnerkę w kawiarni, w której jada śniadania – wydaje się, że koniec tej historii jest do przewidzenia. Alma zgadza się na swoją podporządkowaną pozycję, poświęca podmiotowość za cenę życia z geniuszem. Znosi upokorzenia, pozostając niewinną i naturalną, choć nieraz ma poczucie niższości i nieistotności w wykwintnym, sztucznie wykreowanym, chłodnym świecie Woodcocka. W końcu jednak Alma decyduje się zakwestionować zasadę rządzącą jego mikroświatem.

Cała dramaturgia zbudowana jest na operowaniu zbliżeniami: liczą się tu spojrzenia, gesty, mimika. Prozaiczne sceny potrafią być u twórcy Magnolii nasączone emocjami, przemocą, gigantycznym erotycznym napięciem – miniatury codzienności stanowią przekonujące, uderzające studium walki o władzę i kontrolę w miłosnej relacji. Udaje się to dzięki świetnej obsadzie. Daniel Day-Lewis sugestywnie oddaje zachowanie osoby, która za elegancją i wyrafinowaniem skrywa burzliwe wnętrze pełne lęków i słabości. „Jako dziecko zacząłem ukrywać różne rzeczy pod podszewką”, mówi Woodcock, i te słowa najtrafniej charakteryzują postawę życiową głównego bohatera. Alma (Vicky Krieps) wspaniale balansuje pomiędzy niewinnością a ujawniającą się po czasie perfidią i przebiegłością, jej bunt w walce o godność, autonomię, z czasem również kontrolę, robi wrażenie i ewokuje feminizm. Trzeba zaznaczyć, że taka charakterystyka jest niekompletna, ponieważ kreacje są tak pełne niejednoznaczności narastających z kolejnymi scenami, że widz czerpie przyjemność z samego domyślania się psychologicznych motywacji i intencji, nie dostając definitywnych odpowiedzi.

Reżyserska inteligencja Paula Thomasa Andersona ujawnia się sprawnym dozowaniu jego ingerencji jako reżysera. Daje dużo swobody aktorom, pozwalając, żeby rozbłysnęli całym swym aktorskim kunsztem, a jednocześnie stosuje pewne delikatne zabiegi w celu podkręcenia dramaturgii. W obiektywie jego kamery czuć londyński spleen, w którym migają lekkie nutki gotycyzmu. Docenić należy też ironię reżysera i scenarzysty, objawiającą się m. in. w nazwaniu bohatera z przerośniętym ego “Woodcock” (myślę, że czasami w życiu spotykamy takich nadętych Woodcocków). Oczywiście niesłychane wrażenie robią kostiumy i tu jak najbardziej zasłużony Oscar dla Marka Bridgesa, który wykonał dużo pracy, abyśmy mogli oglądać na ekranie kreacje odpowiadające stylem temu sprzed ponad pół wieku.

Nić widmo to intymne, bezpretensjonalne, niekrzykliwe kino, o przemocowym aspekcie relacji miłosnej – kino, które potrafi wprawić w drganie nasze emocje. 

Autorem recenzji jest Krzysztof Maj.

About Redakcja

Ten artykuł został napisany wspólnymi siłami.