Film

Recenzja filmu Twój Vincent

on

Około 130 malarzy, 7 lat pracy, dwójka scenarzystów, polsko-angielska koprodukcja w dwóch wersjach językowych. To już wiecie, bo artykuły i notatki o Twoim Vincencie (właściwie powinnam napisać Twój, bo chodzi o podpis pod listem) pojawiają się już pewnie nawet w Fakcie, Życiu na gorąco i gazetach motoryzacyjnych. Świat oszalał na punkcie tego filmu, tak jak od dawna szaleje za Słonecznikami – i bardzo słusznie.

Scenariusz Vincenta Hugh Welchman i Dorota Kobiela (twórcy całego przedsięwzięcia) napisali razem z Jackiem Dehnelem – to było dla mnie pierwsze zaskoczenie, bo o udziale pisarza w filmie jakoś się nie trąbi. To dobra robota, postaci są wyraźnie narysowane, mają różne charaktery, głosy i sposoby mówienia, nie przechodzą nagłych zmian osobowości (może oprócz głównego narratora, który dość szybko traci swój pierwotny dystans do van Gogha). Tworzą pełną napięć małą społeczność, w której każdy ma opinię o innych, zwykle mało pochlebną, i hipotezy na temat cudzych przewinień oraz wad. Dzięki tej galerii Loving Vincent nie jest jedynie wirtualnym muzeum czy ćwiczeniem stylu.

To teraz po kolei. Armand Roulin, syn naczelnika poczty i przyjaciela Vincenta van Gogha, zostaje poproszony przez swojego ojca o odnalezienie Theo van Gogha i oddanie mu zagubionego wcześniej listu. W polskiej wersji językowej głos starszego pana podkłada Jerzy Stuhr, a narratora – Józef Pawłowski. Jestem pod dużym wrażeniem potoczności języka Twój Vincent, tego, jak naturalnie brzmią nie tylko rozmówcy Armanda, ale też przypadkowi przechodnie, staruszkowie marudzący pod knajpkami, klienci karczm. Dodajcie do tego świetną grę aktorską – wychodzi kawał dobrego kina. A nic wam jeszcze nie powiedziałam o akcji ani samych obrazach. Narrator niechętnie rusza na misję, najpierw do Paryża, potem do Auvers-sur-Oise, gdzie umarł malarz. Dopiero tam trafia na świadków życia Vincenta, zaskoczonych jego samobójstwem albo, wręcz przeciwnie, przekonanych, że od dawna wiedzieli, co się szykuje.

Paleta postaci jest naprawdę szeroka. Armand najczęściej rozmawia z „młodą Ravoux”, córką oberżysty, u którego malarz wynajmował pokój. Adeline (Olga Frycz) mówi dużo, o Vincencie z sympatią, o jego lekarzu z niechęcią. Z kolei naczelna dewotka miasteczka, pomoc domowa doktora, nie zostawia na zmarłym (i jego znajomych) suchej nitki. Świadkiem przygód Vincenta bywał także wioślarz (Maciej Stuhr), bardzo ważna postać zdystansowanego obserwatora, do którego Armaund przybiega, gdy znajdzie się pod ścianą. Powoli z rozmów z mieszkańcami Auvers wyłania się obraz van Gogha pełnego nadziei, spokojnego, oddanego pracy, choć samotnego. Coraz większy cień pada na postać jego bogatego kumpla, Rene Secretana. Steven Naifeh i Gregory White Smith, twórcy książki Van Gogh. Życie, na której w dużej mierze opiera się akcja filmu, postawili hipotezę, że to on jest winien śmierci malarza – śmierci, a nie samobójstwa. Na dowód mają dokumenty, a Kobiela i Welchman przekonują nas do tej wersji wydarzeń, odkłamując nieco popkulturową wizję smutnego, pogrążonego w depresji i nieszczęściu artysty (spopularyzowaną także przez, skądinąd bardzo dobrą, Pasję życia Stone’a). Nam, widzom, trochę zdejmuje to ciężar z ramion i pozwala bez czarnych myśli cieszyć się kolorami pejzaży i portretów Vincenta.

I tak doszliśmy do obrazów. Twój Vincent powstał nie tylko na podstawie prac malarza, ale także nagrań aktorów. Dlatego nie znajdziecie w nim dokładnej kopii Portretu doktora Gacheta, ani nawet Armanda Roulina. Ale zobaczycie kolory oryginałów. Żółcie, zielenie, granat nocnego nieba, czerwień wina, ciemne świeczki cyprysów. Twarze ledwo wyłaniające się ze złotego pola albo obwiedzione wyraźnym konturem zarostu. Przede wszystkim żółty, przewodni motyw wizualny filmu, świetlisty i optymistyczny na marynarce narratora, bardziej słomkowy lub piaskowy w przyrodzie, soczysty w owocach spontanicznie układających się w martwą naturę. I światło południa, które tak zachwycało pewnego Holendra.

Twój Vincent oddaje głos nie tylko świadkom życia van Gogha, usłyszycie w nim także jego listy. Pamiętam, jakim zaskoczeniem było dla mnie słuchanie ich w amsterdamskim muzeum – są pełne nadziei, jeśli nie optymizmu, i miłości. Może ukrywały smutek autora, ale pokazywały także jego zachwyt materią świata. Wniosek jest jeden: idźcie na film, a potem wracajcie do domu czytać listy do Theo. I powtarzać aż do skutku, w końcu idzie jesień.

 

Na plus:
– mistrzowskie wykorzystanie obrazów van Gogha
– dobry scenariusz
– bardzo żywe, zróżnicowane postaci
– zerwanie z wizją (jedynie) nieszczęśliwego artysty
– pean na cześć sztuki, światła i koloru

Na minus
– bywa łzawo

Wszystkie ilustracje pochodzą z materiałów promocyjnych filmu.

  • 90/100

About Agnieszka "Fushikoma" Czoska

Typowy mól książkowy. Czyta po polsku, angielsku, niemiecku i ukraińsku, bardzo chciałaby jeszcze po francusku. Ostatnio jej ulubieni autorzy to Zadie Smith, Serhij Żadan, Jurij Andruchowycz, Amos Oz, Łukasz Orbitowski… Lubi komiksy, na przykład Sagę, Wytches, rzeczy Alison Bechdel czy Inio Asano. Jak ma czas, ogląda europejskie filmy i anime. Recenzuje jeszcze dla bloga Nie Tylko Gry (nietylkogry.pl), czasem pisze do Fabulariów (fabularie.pl).