Harry Potter – magia świąt w wydaniu fantasy

Harry Potter

W memowej przestrzeni co jakiś czas przewija się obrazek z gatunku tych ze smutną żabą opatrzony nagłówkiem: „Gdy uświadamiasz sobie, że 1990 był x lat temu”. Mimo przynależności do grona millenialsów nie do końca podzielałem ten sentyment i zaniepokojenie upływającym czasem. Urodziłem się w 1993 roku, więc lata 90. poznałem bardziej ze zdjęć, nagrań czy kronik internetowych typu VHS Hell. A gdyby jednak przesunąć datę o dziesięć oczek… Rok 2000 – kiedyś to brzmiało nowocześnie, a obecnie fakt, że ludzie urodzeni w tym roku prawdopodobnie przygotowują się do pisania prac licencjackich, jest dla mnie myślą abstrakcyjną. Dystans, jaki dzieli nas od końca XX wieku odczułem emocjonalnie nie przez śmieszny obrazek z Internetu, ale nagłe zderzenie z franczyzą, która zdefiniowała moje dzieciństwo. 

Z jakiegoś powodu algorytm YouTube’a stwierdził, że dobrym pomysłem będzie podrzucenie mi treści z uniwersum Harry’ego Pottera. W trakcie tej nostalgicznej podróży moje emocje przeszły z zainteresowania w szok. Przecież tak „niedawno” skończyłem dwudziestkę, a idąc do kina na ekranizację pierwszej części miałem już prawie 9 lat. Szybkie zderzenie z rzeczywistością jednak momentalnie przeminęło, zastąpione przez to przyjemne uczucie towarzyszące spożywaniu domowego obiadu u babci lub odpaleniu na nowoczesnym sprzęcie zarysowanej płyty zawierającej kompilację gier z dzieciństwa.

I przepadłem – najpierw książki, potem filmy i wreszcie gry. Wracając do tych wszystkich potterowych mediów, otworzyłem w swoim umyśle worek dawno nieeksplorowanych wspomnień, a wraz z nimi przemyślenia na temat tego, jak tworzył się fenomen Harry’ego Pottera z perspektywy dziecka będącego w strefie zero potteromanii. A jako że zbliżają się święta, napomknę również, dlaczego filmy o Harrym Potterze, szczególnie te pierwsze, to pozycje idealne na wigilijny wieczór, które skutecznie mogłyby wytrącić z pozycji lidera nieco już przeterminowanego Kevina.

Harry Potter i literacki hit

Choć to filmy są odpowiedzialne za lwią część sukcesu marki, wypada nieco wspomnieć o książce. Napisana w 1997 roku trafiła do polskiej dystrybucji w roku 2000, i choć na Zachodzie sprzedawała się rewelacyjnie jeszcze przed ogłoszeniem ekranizacji, u nas dopiero zwiastuny filmowe pomogły podźwignąć sprzedaż. W mojej ocenie jednak to głównie zaangażowanie ś.p. Andrzeja Polkowskiego, tłumacza serii, zaważyło na pozytywnym odbiorze książki. Pan Andrzej, z troski o młodych czytelników nie do końca jeszcze dobrze operujących angielszczyzną, a jednocześnie świadom ich naturalnej dociekliwości, na końcu większości tomów umieszczał słowniczek nazw własnych czarodziejskiego świata. Biorąc pod uwagę zamiłowanie Rowling do aliteracji czy gierek słownych, chylę nisko czoła przed panem Polkowskim za to, że nie ograbił polskich czytelników z zabawy językiem. Kto wie, może te kilkustronicowe sekcje zachęciły część czytelników do podjęcia się pracy tłumacza kreatywnego?

Choć długo mógłbym chwalić robotę Pana Andrzeja, to rola kinowych adaptacji jest równie niezaprzeczalna. Tu warto wspomnieć, że polska premiera miała miejsce ponad dwa miesiące później względem krajów zachodnich – przypadek wręcz niespotykany w obecnych czasach. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak wielkie byłoby oburzenie fanów MCU, gdyby najnowszy film z pająkiem pojawił się w polskich kinach dopiero w 2022 roku (z drugiej strony mimo premiery drugiego sezonu taki Mandalorian nadal nie jest dostępny u nas w oficjalnej dystrybucji, więc czy aby na pewno świat się aż tak zmienił?). Wróciwszy do filmów ze świata czarodziejów po latach, byłem zaskoczony, jak dobrze zestarzały się nawet na tle obecnych superprodukcji Disneya. Harry Potter idealnie wstrzelił się w okres, kiedy animacja komputerowa była już na wystarczająco wysokim poziomie, aby z dumą prezentować komputerowo wygenerowane kreatury. Jednak to przede wszystkim umiejscowienie filmu w prawdziwych lokacjach na terenie malowniczej Szkocji i czerpanie pełnymi garściami z praktycznych efektów specjalnych uczyniły ten film ponadczasowym i prawdziwie magicznym. Warto wspomnieć na przykład, że setki świec unoszących się pod sufitem Wielkiej Sali to fizyczne obiekty zawieszone na żyłkach, które pieczołowicie usunięto w postprodukcji.

Harry Potter i doskonałe decyzje castingowe

To, co szczególnie jednak odróżnia Pottera od reszty kinowego mainstreamu, to obsada aktorska. Warunkiem postawionym przez Rowling było zatrudnienie wyłącznie aktorów brytyjskiego pochodzenia. Można spekulować, że głównym motywatorem było jak najdokładniejsze odwzorowanie realiów bądź co bądź realistyczno-fantastycznego świata. W moim przypadku miało to również pozytywny efekt uboczny. Angaż wyśmienitych, choć mimo wszystko mało rozchwytywanych w skali światowej popkultury aktorów umożliwił młodemu mnie skuteczniejszą immersję, niż gdyby Warner Bros zarządziło zbiórkę topowych nazwisk Hollywoodu. Z pewnością, taki Robin Williams idealnie sprawdziłby się w roli pogodnego Hagrida, ale w oczach 8-latka, który już jako tako kojarzył nazwiska popularnych aktorów, byłby nadal Robinem Williamsem z doklejoną brodą. Robbie Coltrane natomiast zdawał się być urodzony do roli gajowego Hogwartu, a wraz z upływem lat i rozszerzaniem filmowych horyzontów poznawałem kolejne role jego i pozostałych „potterowych” aktorów. Jakim zaskoczeniem był dla mnie chociażby fakt, że David Tennant, którego odkryłem w 2011 roku za sprawą Doktora Who, odgrywał niewielką, acz kluczową rolę w Czarze Ognia. John Hurt, znany z kluczowej sceny pierwszego Obcego czy filmowej adaptacji Roku 1984, był również sędziwym różdżkarzem Olivanderem.

Nam jednak, jako młodym widzom, nie było dane zaznać w pełni kunsztu aktorskiego obsady z racji polskiego dubbingu. I choć ta forma dystrybucji filmów ma tyle samo fanów, co przeciwników, w tym przypadku polski wydawca nie mógł postąpić inaczej. Po zdjęciu różowych okularów trzeba przyznać, że polskie audio nie jest idealne, szczególnie w przypadku dziecięcych aktorów, lecz podobnie jak Daniel Radcliffe i Emma Watson, Jonasz Tołopiło i Joanna Kudelska (czyli „głosy” Harry’ego i Hermiony) dorastali z każdą odsłoną serii, by w końcu dorównać swoim pierwowzorom. Ale pomijając już samą jakość dubbingu, oglądanie filmu z polską ścieżką dźwiękową to część doświadczenia, którego późniejsze pokolenia nie zrozumieją i zresztą wcale nie muszą zrozumieć. Tak działa nostalgia. Warto również wspomnieć o innym ważnym „aktorze”, mianowicie ścieżce dźwiękowej autorstwa Johna Williamsa. Artysta ten po raz kolejny udowodnił, że w przeciwieństwie do rzemieślników pokroju Hansa Zimmera czy Briana Taylora potrafi stworzyć unikalne i niezapomniane melodyjne tło dla filmowej akcji. A czelesta, grającą nomen omen pierwsze skrzypce w motywie przewodnim antologii, już chyba na zawsze zostanie zapamiętana jako ten instrument z Harry’ego Pottera.

Harry Potter i multimedialna inwazja

Premierze filmów towarzyszyły również przygody Harry’ego Pottera w wersji na komputery i konsole. Gry na znanej licencji to wynalazek prawie tak stary jak sama elektroniczna rozrywka. Robione na szybko i niskim kosztem, byleby tylko zdążyć przed premierą i sprzedać kilka tysięcy kopii, nim opadnie kurz. Współcześni internetowi recenzenci próbują aż nadto odczarować te tytuły, łypiąc krytycznym okiem na każde potknięcie tych skleconych w niecały rok produkcji dla dzieci. Odświeżając sobie pierwsze trzy części przygód Harry’ego Pottera na pececie, odczuwałem jednak tą samą radość, co przed laty. Z przyjemnością wróciłem do prostego, acz satysfakcjonującego gameplayu. Od nauki czarów, poprzez platformówkowe sprawdziany, uzależniające zbieranie kolorowych fasolek i kart czarodziejów (i mówię to jako gracz stroniący raczej od gatunku collectathonów), po proste mecze quidditcha – gry z Harrym miały wystarczająco dużo materiału źródłowego, by przejść jako dość luźne adaptacje filmu/książki, a jednocześnie dodawały tyle oryginalnej treści, by dzieciak przed komputerem nie znudził się lub nie odczuwał niedosytu.

A jeśli to nie gameplay miałby stanowić główne źródło uciechy, to może być nim podśmiechiwanie z uroczo amatorskiej oprawy audiowizualnej tych tytułów. Dwie pierwsze gry napędzał pierwszy Unreal Engine, a w Kamieniu Filozoficznym postacie nie posiadają animowanych twarzy. Pierwsza odsłona to również lokalizacja jedynie kinowa, więc na pełen dubbing musieliśmy poczekać do premiery Komnaty Tajemnic. I akurat w tym przypadku wykonanie polskiej ścieżki jest delikatnie mówiąc… nieporadne. Mimo faktu, że Harry dzieli głos z filmowym oryginałem, zdaje się mu brakować jakiejkolwiek reżyserii i większość kwestii sprawia wrażenie czytanych z kartki. Więzień Azkabanu aktualizował Unreal Engine do wersji drugiej, dokładając bardziej złożone ruchy twarzy. Jak już się pewnie domyślacie, wspominam o nich dlatego, że wszelkie próby zarysowania emocji na komputerowych twarzach protagonistów przyniosły rezultaty kojarzące się bardziej z abstrakcyjną twórczością społeczności Garry’s Moda niż grą, pod którą podpisało się EA. Ale podobnie jak w przypadku polskiego dubbingu filmów, wszystko to jest częścią doświadczenia, podróży w czasie, którą fundują nam wymarłe gatunki gier.

I te trzy solidne filary zdawałyby się wystarczyć każdej franczyzie mającej wypisane na czole słowo „SUKCES”, ale Potterowi to nie wystarczyło. Wracając wspomnieniami do 2002 roku, co chwilę przypominam sobie, jak wszechobecny był ten mały czarodziej, i to pomimo faktu, że internet był u nas dopiero w powijakach i trudniej było dotrzeć do masowego widza. Jednym z pierwszych przedmiotów związanych z marką, jaki otrzymałem, była płyta z fragmentem ścieżki dźwiękowej dołączona do jednego z czasopism plotkarskich kupowanych przez rodziców. Choć nie byłem wtedy jeszcze melomanem, to potrafiłem w kółko słuchać tego 15-minutowego nagrania. Innym razem w pudełku z tuszem do drukarki mój tata znalazł płytkę opatrzoną wizerunkiem Pottera ścigającego się na miotle, na której to znalazło się oprogramowanie służące do tworzenia kartek, wizytówek lub zaproszeń opatrzonych motywami z filmu. Mimo że mieszkałem wtedy w miejscowości liczącej ledwo 10 tys. mieszkańców, nawet ja mogłem skosztować przysmaków ze świata czarodziejów, takich jak fasolki wszystkich smaków, czekoladowe żaby czy wreszcie musy-świstusy, które od premiery drugiego filmu, już nigdy nie wróciły na półki sklepowe.

Harry Potter i wielokanałowy marketing

Harry Potter zawitał również do szkół, dzięki Coca-Coli i jej akcji Wyczaruj Dziecku Książkę, w ramach której dzieci wysyłały listy do potentata słodkich napojów, zgłaszając chęć otrzymania darmowych książek, w tym oczywiście kilku tomów Harry’ego Pottera. W akcji wzięło udział 1500 szkół, w tym moja, dzięki czemu w naszej bibliotece wylądowało kilka egzemplarzy Kamienia Filozoficznego z charakterystyczną pieczątką z sową. A nawet to często nie wystarczało, by zaspokoić potrzeby młodych czytelników. Pottera czytał absolutnie każdy, niezależnie od płci czy statusu społecznego. Po książki sięgały zarówno szkolne „kujony”, jak i uczniowie, którzy bibliotekę odwiedzali tylko od niechcenia, aby wypożyczyć lektury obowiązkowe. Nie brakowało również zainteresowania wśród starszych czytelników, a dojrzewająca z każdym tomem fabuła z pewnością ułatwiła serii uniknąć zaszufladkowania, i to jeszcze zanim na dobre rozkręcił się fenomen książek młodzieżowych nowej fali, reprezentowany przez Zmierzch, Pamiętniki Wampirów czy Igrzyska Śmierci. Franczyzy te rzadko przebijały się poza krąg docelowych odbiorców i mogły tylko pozazdrościć uniwersalności i przystępności serii Rowling.

Nic jednak nie trwa wiecznie i również passa Pottera musiała się zakończyć. Po nieco dojrzalszym, choć wciąż charakternym Więźniu Azkabanu, kierunek, jaki obrały filmowe oraz komputerowe adaptacje zmierzał w stronę sztampowego kina akcji, okrytego popularnymi wtedy szaroburymi lub zielonkawymi filtrami. Jednocześnie stale rosnąca objętość książek nie ułatwiała pracy scenarzystom, którzy musieli sporo się namęczyć, by zmieścić najistotniejsze wątki w już i tak dość obszernym metrażu 2,5 godziny. Od piątego filmu praktycznie straciłem zainteresowanie pozostałymi adaptacjami i po części samą marką, wyczekując jedynie na premiery ostatnich tomów, na które czatowałem o północy pod Empikiem. I w momencie kiedy przewróciłem ostatnią stronę Insygniów Śmierci, Harry Potter zniknął z mojego życia.

Harry Potter i uniwersalność dzieła

Szczerze mówiąc, nie mógł wybrać sobie lepszego momentu na przypomnienie o sobie niż w zbliżającą się dwudziestą rocznicę (polskiej) premiery pierwszego filmu. Ta nostalgiczna podróż, którą przeżywałem przez ostatnich kilka tygodni, skłoniła mnie do kilku przemyśleń na temat tego, jak bardzo zmieniła się nasza popkultura od momentu pojawienia się w kinach pierwszego Pottera. Adaptacje-epopeje to już pieśń przeszłości (jedna Diuna póki co wiosny nie czyni), gry na licencji to gatunek od dawna wymarły, a realizacja filmu z użyciem praktycznych efektów specjalnych to zło konieczne, którym zajmują się jedynie zapaleńcy pokroju Christophera Nolana. Z drugiej strony, choć Harry Potter i cały jego fenomen jest osadzony w czasach, które głównie moje pokolenie może wspominać z nostalgią, dziś broni się on jako produkcja, która ani trochę się nie zestarzała, zarówno ze strony audiowizualnej, jak i kulturowej. W ciągu ostatniej dekady nasze postrzeganie popkultury drastyczne się zmieniło i coś, co kiedyś wydawało się normą, obecne byłoby niedopuszczalne w przestrzeni publicznej, a za niektóre żarty obecne w filmach poprzedniej dekady dzisiejsi scenarzyści zostaliby ostro zlinczowani przez internetowy tłum. Harry Potter, jak na serię filmów, która liczy sobie już prawie 20 lat, jest wyjątkowo przystępna nawet dla współczesnego widza. Czego by nie powiedzieć o Rowling i jej momentami kontrowersyjnych wypowiedziach, od początku tworzyła ona inkluzywne uniwersum, w którym znalazło się miejsce dla każdego, a stereotypy były przełamywane.

Hermiona, poza jednym epizodem w pierwszej książce, gdzie była typową damą w opałach, stała się jedną z najbardziej proaktywnych postaci w uniwersum. W świecie Harry’ego poruszane są kwestie niewolnictwa, rasizmu, ksenofobii czy nierówności społecznych i mimo zatrzęsienia tych motywów, Rowling mierzy się z nimi o wiele zgrabniej i subtelniej niż niektóre współczesne media głównego nurtu. Może jedynie przy faszyzacji Slytherinu autorka zdała się nieco przesadzić, spisując wszystkich rezydentów tego domu na straty. Jednocześnie historia Salazara Slytherina oraz Lorda Voldermorta i jego pachołków zdaje się być trafniejszą alegorią współczesnych czasów niż w momencie premiery książek i filmów. W końcu jak często jesteśmy świadkami kłótni o to, kto jest prawdziwym patriotą, katolikiem, Polakiem. Albo ilu już ekspertów od wszystkiego spotkaliśmy na naszej ścieżce, uważających, że to oni lepiej wiedzą, jak mamy prowadzić swoje małe życie. Odtąd już bliska droga do rozpraw na temat czystości krwi i rzucania szlamą na lewo i prawo.

Harry Potter i lawina wspomnień

I choć Harry Potter zawiera w sobie więcej cennych morałów i odniesień do mroczniejszych sfer naszego życia, do napisania tego tekstu popchnęły mnie przede wszystkim pozytywne uczucia, które towarzyszyły mi przy oglądaniu filmów o małym czarodzieju zarówno w 2002 roku, jak i 20 lat później. I to, jak te media dobrze współgrają ze świątecznym nastrojem. W naszym dzieciństwie dni spędzane przy choince i lampkach zawsze były czymś magicznym. I wraz z dorastaniem ta magia gdzieś wyparowała. Jakby od niechcenia przechodzimy przez te wszystkie rytuały świąteczne, byle by tylko odbębnić tradycję bądź zadowolić tych, którym atmosfera świąteczna aż nadto się udziela.

Jeśli i ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, nie potrafisz w sobie wskrzesić magii świąt, zafunduj sobie chociaż nostalgiczną podróż do świata Harry’ego Pottera. Zamiast po raz setny wracać do Kevina, który w swoim przedstawieniu „przeciętnego amerykańskiego przedmieścia” ma tyle wspólnego z rzeczywistością co uniwersum Pottera, sięgnij po książkę, film lub nawet grę osadzoną w świecie czarodziejów. Jeśli uniwersum J.K. Rowling stanowiło nawet drobny element twojego dzieciństwa, z pewnością przywróci ono dziecięcą radość i ciepło, jakie zawsze towarzyszyło nam, gdy w wigilijny wieczór odpakowywaliśmy prezenty i pochłanialiśmy tłustą rybę lub pierogi z kapustą i grzybami. Wydaje mi się, że szczególnie w tych czasach, gdy z zewsząd docierają do nas negatywne treści, a praca przeniosła się z biur do naszych mieszkań, każdy z nas zasługuje na to, by chociaż w ten wyjątkowy świąteczny czas świąt poczuć się jak dziecko. Nie bądź mugolem na święta!