Film

To jest film dla fanów. Recenzja Strażników Galaktyki Vol. 2

on

Już powoli mam dość Marvel Cinematic Universe. Może wynika to z bombardowania filmami superbohaterskimi, a może z dość odtwórczego charakteru tych produkcji. Dawno minęły czasy, kiedy ekscytowałem się nową postacią wprowadzoną do uniwersum albo oczekiwałem z niecierpliwością powrotu starych znajomych. Ten rok należy do Strażników Galaktyki, Thora i Spidermana. W tym ostatnim pokładam wielkie nadzieje, licząc że Tom Holland w końcu pokaże, jaki powinien być nastoletni Peter Parker. Nie przykładam nawet szczególnej uwagi do występu Iron Mana, bo to co Marvel robi z projektami zbroi od pamiętnego fiaska jakim był Mark 42, to jest jakiś dramat. Nie potrafię również dobrze ubrać w słowa jak bardzo nie obchodzi mnie Ragnarok. Czy trzech najnudniejszych bohaterów MCU, czyli Thor, Loki i Hulk, udźwignie tę wydmuszkę pomalowaną w kolory Strażników Galaktyki? Nie sądzę.

I tu dochodzimy do pierwszej premiery 2017 roku. Debiutancki obraz o Strażnikach zaliczyłbym do tej jaśniejszej strony filmów Marvela, do produkcji, które można wałkować i wałkować, w dalszym ciągu czerpiąc przy tym ogromną przyjemność z oglądania wyczynów grupy niedopasowanych do siebie wykolejeńców z różnych zakątków galaktyki. Pojawiły się za to obawy, czy taka formuła skutecznie napędzi również sequel. Nie miałem wygórowanych oczekiwań wobec vol. 2, z drugiej strony nie spisywałem go na absolutne straty, tak jak trzeciego Thora. Dwie godziny i dwie minuty później rzucił mi się tylko jeden wniosek… Mają mnie. Nie mam praktycznie żadnych zastrzeżeń, poza drobnymi detalami.

Może zaczniemy od sceny otwierającej. Pierwsza część posiadała świetne intro, natychmiastowo nakreślające w głowie widza charakter filmu. Po wstępie drugich Strażników mógłbym stwierdzić, że film opowiada tylko i wyłącznie o małym Groocie. I byłaby to z pewnością słuszna konkluzja, sklepy z geekowskimi gadżetami już toną od figurkowych potworków pokroju tworów Funko Pop, jednak w tej dawce fanservice’u powinien być jakiś umiar, nawet jeśli jest to film o Strażnikach Galaktyki. Na szczęście w dalszych scenach występy miniaturowego enta pojawiały się rzadko i miały sens w kontekście wydarzeń dziejących się na ekranie. No, ale fani będą zachwyceni.

 

Bolączką prawie każdego filmu MCU jest dobór czarnego charakteru. Z kolejnymi produkcjami stawka rośnie, co sugerowałoby coraz to niebezpieczniejszych i potężniejszych przeciwników. Jednak ekspresowe zażegnanie kryzysu przez bohaterów, połączone ze sztampowym motywem wrogiej postaci sprawia, że villain jest niczym jednorazowa ścierka, którą główni bohaterowie wypolerują swoje ego, zanim minie ostatnia minuta filmu. Główny zły nowych Strażników (postaram się nie ujawnić kto to, choć osoby lepiej śledzące zapowiedzi pewnie już mają swojego konkretnego faworyta) nieco wychodzi poza ten szablon. To czarująca postać, która momentalnie przeradza się w najprawdziwszego potwora, któremu Loki czy inny śmiechu warty opryszek może najwyżej odkurzać pokład statku. Bohaterowie ponoszą poważne straty, co również zdarza się rzadko w tego typu filmach, i zakończenie, choć szczęśliwe, posiada lekko gorzki posmak.

Choć historia zdawałaby się sugerować skrypt skupiony w zdecydowanej większości na Starlordzie, scenarzyści zadbali o poświęcenie wystarczającej ilość czasu każdej ważnej postaci. Większe role odgrywają tym razem Nebula oraz Yondu, dzięki czemu zyskali trochę głębi, stając się w końcu czymś więcej niż niebieskimi napierniczakami. Nie mam również większych zastrzeżeń do długo wyczekiwanego ojca Starlorda – Ego, granego przez Kurta Russela. Ciężko mi za to przeboleć występ Pom Klementieff wcielającej się w Mantis. Pomysł na postać pojawił się zapewne z potrzeby zastąpienia starzejącego się gagu Draxa, polegającego na niezdolności mięśniaka do zrozumienia metafor. W przypadku kosmitki cechą napędzającą jej dialogi jest brak obycia w relacjach międzyludzkich – szczególną przyjemność z wytykania tej słabości upodobał sobie wojownik grany przez Dave’a Bautistę. Przez nawarstwienie dowcipów, które miały tylko i wyłącznie podkreślić jaką społeczną niezdarą jest Mantis, przepadła gdzieś jej faktyczna rola w tej opowieści, a sama bohaterka została sprowadzona do jednoosobowego comic relief.

Nie zmienia to faktu, że śmiałem się tam, gdzie miałem się śmiać. I to pomimo tego, że postacie wypowiadały kwestie, których doskonale się po nich spodziewałem. To trochę jak spotkanie po latach ze znajomymi z liceum, którzy mimo upływu czasu rzucają tymi żartami, które nie straciły na ważności i nadal nas bawią. Dialogi, choć pierwszorzędne, nie przebiły licznych występów gościnnych, odniesień i w końcu najlepszego cameo Stana Lee, które jest tak świetne, że mogło by być równie dobrze ostatecznym aktorskim popisem w karierze sędziwego rysownika komiksów. Jeśli chodzi o fanservice, zwolenników przesiadywania w sali kinowej do samego końca twórcy nagrodzili aż pięcioma dodatkowymi scenami. Jedna z nich to prawdziwe złoto (pun intended).

Strażnicy jako jedyni w MCU w pełni wykorzystują ogrom przestrzeni kosmicznej, dzięki czemu znów odwiedzimy fantastyczne zakątki kreatywnej wyobraźni Gunna w postaci obcych środowisk i ich mieszkańców. W przeciwieństwie do pierwszej części, tu poświęcono nieco więcej uwagi projektom obcych, którzy tym razem rzeczywiście wyglądają jak organizmy z innych planet, a nie ludzie pomalowani we wściekłe kolory. Marvel doskonale wiedział, jak dobrze sprzedać swój produkt i sypnął pokaźnym budżetem. Jednak większym wyzwaniem od zaprojektowania zachwycającego świata było skompilowanie nowej ścieżki dźwiękowej płynącej z walkmana Petera. I również tutaj brak mi słów – Awesome Mix vol. 2 doborem utworów i różnorodnością stylów bez większego wysiłku przebija poprzednika. Najsilniejszą stroną soundtracku są melancholijne kawałki, do których będę wracać pewnie częściej niż do samych Strażników.

W tym momencie chciałem napisać jak to kolejny film Marvela, nie wychodząc ze swojej strefy komfortu, w ostatecznym rozrachunku broni się jako dobra rozrywka i nic poza tym. Myślałem, że mój ostatni re-watch Watchmen drastycznie zmieni podejście do powtarzalnych filmów superbohaterskich. Ale będąc szczerym, stylistyka jeszcze mi się nie przejadła, i w dalszym ciągu może się sprawdzać. Pod warunkiem, że pozostanie domeną wyłącznie Strażników Galaktyki, którzy wprowadzili masę świeżości do uniwersum, co niestety może zostać bardzo szybko bezlitośnie wyeksploatowane. Wciskanie tej specyficznej maniery do innych filmów sprawia wrażenie pójścia po linii najmniejszego oporu i szybkiej próby naprawy bezpłciowej marki – takiej jak Thor.  A to już się dzieje, biorąc pod uwagę trailer Thor: Ragnarok.

About Grzegorz Ciesielski

Amerykanista z wykształcenia, cosplayer z pasji, felietonista z przypadku. Pasjonat muzyki lat 60. i 80., miłośnik piw rzemieślniczych, kucharz amator. Gardzi kawą. Jego twórcze portfolio można zobaczyć na W Cosplay.

Recommended for you